Niestety, jego umniejszający wydźwięk marszu komentarz był dla ekipy rządzącej kompletnie nie w tempo. Stąd późniejsze mocne słowa Jarosława Kaczyńskiego, który – w przeciwieństwie do swojego wychowanka – ma świadomość politycznych kleszczy związanych ze stosunkiem do narodowców.
Alternatywa bowiem jest prosta. Albo prezes ich oswoi (to wymaga przynajmniej przyjaznych gestów), albo zaczną wyrastać obok PiS na poważną siłę polityczną, która będzie nas wpychała na koszmarne ścieżki II Rzeczypospolitej, kiedy piłsudczykowski autorytaryzm konfrontował i neutralizował (to jedyna zasługa tamtego reżimu) coraz agresywniejszy nacjonalizm prawicy. Zadanie iście piekłem podszyte. Bo z jednej strony wprowadzone na tory profesjonalnej polityki ogolone łby narodowców dostają unikalną szansę na wypełnianie się rozumem, z drugiej Kaczyński, któremu z pewnością daleko do nacjonalizmu, faszyzmu czy antysemityzmu, musi zbierać cięgi od światowej opinii publicznej za tolerowanie powtarzanych w nieskończoność przez światowe media ekscesów. Tak źle i tak niedobrze, szatani po obu stronach, ale to normalne w polityce.