Stan faktyczny całej sprawy wygląda następująco. Siergiej R. przebywał w lipcu wraz z rodziną na kempingu na Helu. 11 lipca tuż przed burzą i nawałnicą znalazł kota, który był wystraszony, bez obroży, bez (adresatki) oznaczenia danych właściciela.

Mężczyzna był z dzieckiem, które prosiło o zaopiekowanie się zwierzątkiem. Siergiej R. przeszedł okoliczne ulice, ale nie było widać osób poszukujących przerażonego kota. Zabrał więc kota na kemping. Na stronie internetowej miasta Hel poszukiwał informacji o osobie, której mógł zginąć kot. Bezskutecznie. Rano rodzina spakowała się i zabrała kota pod Warszawę, do domu. Mężczyzna odwoził potem dziecko za granicę, co zajęło mu cztery dni.

Policja puka do drzwi

Jak Siergiej R. wrócił do Polski, kolejnego dnia chciał jeszcze pójść z kotem do weterynarza, żeby sprawdzić, czy kot jest zaczipowany. Zanim się tam udał, odwiedziła go policja wraz z właścicielką kota (ta namierzyła mężczyznę przez monitoring i przejechała 400 km, żeby odzyskać swojego pupila). Okazało się, że kot jest rasowy – bengalski, ale wyglądem przypomina dachowca, tylko że jest rudy. Jego wartość wyceniono na 5 tysięcy złotych.

Prawnicy, porozumienie i postępowanie

Właścicielka kota przejechała 400 km w jedną stronę, żeby go odebrać. Poszukiwała czworonoga na stronie internetowej Trójmiasta. Zostało wszczęte postępowanie o przywłaszczenie mienia. Właścicielka kota zatrudniła prawnika. Podobnie jak Sergiej R. 

Doszło do porozumienia. Mężczyzna zwróci właścicielce koszty dojazdu pod Warszawę. Właścicielka kota złamała prawo, bo na stronie internetowej Trójmiasta opublikowała zdjęcie z monitoringu: mężczyzny, jego dziecka i kota. Wówczas rozlał się hejt. Większość wpisów odbywała się pod hasłem „Złodziejskie mordy”.

Kogo i za co ścigać

Przepisy procedury karnej wykazują w sprawach tego typu pewną lukę.

To od policji i prokuratora zależy, czy mimo porozumienia się stron, będą one wszczynać postępowanie w zakresie przywłaszczenia mienia i czy pojawi się akt oskarżenia w tej sprawie.

– A za to grozi grzywna i świadczenie na rzecz organizacji społecznych. Może oczywiście też grozić pozbawienie wolności, ale myślę, że nikt rozsądny nie będzie karał człowieka, który próbował ratować zwierzę – mówi adwokat Marta Lech. I dodaje, że wiąże się to także z pewnymi obowiązkami – jak stawiennictwo w prokuraturze i sądzie, pewnie na wielu terminach rozpraw.

Mężczyzna, który zaopiekował się kotem, uważa, że działał w stanie wyższej konieczności, że kot był bez obroży, a on chciał się nim zaopiekować w trudnej sytuacji. Była burza, napływały alerty, mały synek płakał, że kotek zostanie sam w takich warunkach. Właścicielka z kolei twierdzi, że kot miał chip i jest takim, który chodzi trochę bezpańsko, a mężczyzna nie dochował należytej staranności, żeby ją odnaleźć.

Cała sytuacja należy do oceny organów ścigania – policji i prokuratury. Prawo, jego przepisy są niejednoznaczne – nie wiadomo, kiedy i kogo za co ścigać.