Z tego artykułu dowiesz się:
- Jakie czynniki napędzają rekordowe zainteresowanie medycyną.
- Dlaczego rosnąca liczba studentów medycyny budzi obawy o jakość ich praktycznego przygotowania do zawodu.
- Jak obecny deficyt lekarzy może w perspektywie kilku lat przerodzić się w problem ich nadpodaży na rynku pracy.
- Dlaczego zwiększony nabór na studia nie rozwiąże problemu braku specjalistów w kluczowych dziedzinach medycyny.
Już w ubiegłym roku akademickim 2025/26 kierunek lekarski wysforował się na drugie miejsce pod względem ogólnej liczby kandydatów (30,6 tys.) wyprzedzony jedynie przez psychologię (43,6 tys.). Według statystyk Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego (które nie obejmują uczelni nadzorowanych przez ministra zdrowia) o jedno miejsce na studiach lekarsko-dentystycznych ubiegało się średnio 18 osób, o cztery więcej niż rok wcześniej.
Ogłoszone przez część uczelni wyniki rekrutacji na rok akademicki 2026/27 wskazują, że ubiegłoroczny wynik może zostać przekroczony. Wprawdzie lekko zwiększono limit przyjęć (do 10,7 tys. na kierunku lekarskim) i do 1,5 tys. na lekarsko-dentystycznym, ale wiele uczelni mówi o rekordowej liczbie chętnych podwyższanej przez podwójny rocznik maturzystów (efekt reformy sześciolatków). Np. o przyjęcie na Uniwersytet Medyczny w Lublinie starało się prawie 16,6 tys. osób, o ponad dwie trzecie więcej niż rok wcześniej.
Ponad 20 kandydatów na miejsce notowały Uniwersytet Medyczny w Białymstoku i Pomorski Uniwersytet Medyczny, a prawie 49 osób na miejsce odnotował stacjonarny kierunek lekarski na Uniwersytecie Kaliskim. Nieco mniejsza konkurencja była na największych uczelniach, w tym na Warszawskim Uniwersytecie Medycznym, gdzie na każde z 2,2 tys. miejsc przypadało średnio ponad siedmiu kandydatów (choć na elektroradiologii ta liczba była trzykrotnie większa).
Pewność pracy i płacy
Szturm na studia medyczne nie dziwi Wojciecha Wiśniewskiego, eksperta ds. ochrony zdrowia z Polskiego Towarzystwa Gospodarczego (PTG), który dostrzega też trend do przekwalifikowania się do zawodów medycznych – na czele z pielęgniarstwem, które nie wymaga tylu lat nauki, jak kierunek lekarski.
Zdaniem eksperta PTG, kandydatów na studia medyczne przyciąga głównie perspektywa wysokich wynagrodzeń wzmacniana przez nagłaśniane ostatnio w mediach przypadki lekarzy – rekordzistów zarabiających na kontraktach po kilka milionów złotych rocznie. Jak jednak zaznacza Wojciech Wiśniewski, bardzo atrakcyjne są nawet średnie płace lekarzy i pielęgniarek, które systematycznie rosną dzięki przyjętej w 2022 r. ustawie podwyżkowej. Zapewnia ona coroczną ustawową waloryzację minimalnych wynagrodzeń pracowników ochrony zdrowia, które w tym roku zwiększyły się o 8,8 proc.
– Skumulowany wzrost tych płac w ostatnich trzech latach wyniósł 54 proc. – zaznacza ekspert PTG. Dodaje, że chociaż zawody medyczne nie są najlepsze na świecie m.in. ze względu na stres, nieprzejrzysty system awansów, to są za to rewelacyjnie płatne.
Widać to także w wynikach ogólnopolskiego systemu monitorowania Ekonomicznych Losów Absolwentów szkół wyższych (ELA). W jego tegorocznej edycji, która objęła osoby kończące studia w 2024 r., kierunki dotyczące nauk o zdrowiu ponownie znalazły się na czele 10 dyscyplin studiów magisterskich o najwyższych relatywnych zarobkach w pierwszym roku po dyplomie – wyprzedzając kierunki związane z informatyką techniczną i telekomunikacją.
Inwestycja za pół miliona
Jak w rozmowie z „Rzeczpospolitą” podkreślał Łukasz Jankowski, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej, ukończenie studiów medycznych daje gwarancję zatrudnienia, a także – dzięki ustawie o płacy minimalnej w zawodach medycznych – gwarantowane wynagrodzenie. Co więcej, wykształcenie medyczne zapewnia bardzo szerokie możliwości pracy, nie tylko w szpitalu czy przychodni, ale również w biznesie ((w tym w firmach farmaceutycznych), nie wspominając o możliwości wyjazdu za granicę, dzięki uznawaniu kwalifikacji na terenie całej Unii Europejskiej.
Kierunki medyczne są więc bardzo opłacalnym wyborem, zwłaszcza dla osób, które ukończyły bezpłatne studia na publicznych uczelniach. W niedawnej rozmowie z „Rzeczpospolitą” prof. Mariusz Klencki, dyrektor Departamentu Rozwoju Kadr Medycznych w Ministerstwie Zdrowia, szacował, że przeciętny koszt wykształcenia lekarza, jeszcze przed specjalizacją, przekracza pół miliona zł (sześć lat studiów kosztuje 330 tys. zł, a trzynastomiesięczny staż – 180 tys. zł). Kolejny etap rozwoju zawodowego medyka – specjalizacja trwająca 4-6 lat – w formie rezydentury jest również finansowana przez podatników. Rosnąca co roku minimalna pensja brutto lekarza rezydenta wynosi obecnie od 10,6 do 12,7 tys. zł miesięcznie w zależności od specjalizacji.
Specjaliści 60+
Comiesięczne raporty Grant Thornton o ofertach pracy publikowanych w największych serwisach rekrutacyjnych dowodzą, że w zawodach medycznych nie było widać spadków popytu odczuwalnego w wielu innych branżach, w tym w IT. Wręcz przeciwnie, zapotrzebowanie na lekarzy i pielęgniarki systematycznie rośnie, a w najbliższych latach ten trend się utrzyma. Nie dość, że już teraz są w czołówce listy deficytowych zawodów w Polsce, to niedawna analiza GUS pokazała, że są też w grupie profesji o najwyższej średniej wieku.
Prawie połowa lekarzy specjalistów przekroczyła już 60-tkę. Zdaniem autorów analizy, może to oznaczać ryzyko kumulacji ich odejść z zawodu w relatywnie krótkim czasie, co grozi zwiększonym niedoborem kadr w części specjalizacji. Jak podaje resort zdrowia, w takich dziedzinach jak choroby wewnętrzne (interniści) i chirurgia ogólna do 2030 r. liczba specjalistów w wieku emerytalnym przewyższy szacowaną liczbę nowych lekarzy.
Eksperci ds. ochrony zdrowia twierdzą jednak, że zwiększony nabór na studia medyczne nie rozwiąże problemów z dostępem do specjalistów. – To nie jest kwestia liczby lekarzy, ale dostosowania specjalizacji do potrzeb rynku i rozwoju technologii – twierdzi Małgorzata Gałązka-Sobotka, rektor Uczelni Łazarskiego i ekspertka rynku zdrowia, zwracając uwagę, że np. w radiologii coraz więcej czynności już teraz wspiera AI.
O wyzwaniach związanych z zapewnieniem absolwentom studiów lekarskich możliwości rozwoju zawodowego, w tym odpowiedniej liczby miejsc na specjalizacjach mówi Wojciech Wiśniewski. Zwraca też uwagę, że przy dużym popycie na szkolenia np. z diagnostyki obrazowej, psychiatrii, dermatologii (dziedziny cenione w sektorze prywatnym), brakuje chętnych na specjalizacje kliniczne, w tym onkologię czy patomorfologię. Trzeba więc zadbać o dopasowanie podaży miejsc specjalizacyjnych do potrzeb rynku.
Ilość kosztem jakości?
Ten problem podkreśla także Naczelna Izba Lekarska, która już przed dwoma laty zwracała uwagę, że chociaż na razie lekarzy brakuje, to na kierunkach medycznych kształci się za dużo studentów, jak na przyszłe potrzeby polskiego rynku. W rezultacie za kilka lat ze stanu niedoboru możemy przejść w stan nadpodaży medyków po studiach, a co gorsza, może zabraknąć środków na sfinansowanie ich rezydentur.
Obaw o jakość kształcenia lekarzy nie kryje Sebastian Goncerz, przewodniczący Porozumienia Rezydentów OZZL i lekarz rezydent psychiatrii. Zwraca uwagę, że nie wystarczy zwiększyć limity przyjęć na studia – trzeba też zapewnić odpowiednią kadrę dydaktyczną oraz odpowiednią infrastrukturę szpitalną niezbędną do praktycznej nauki zawodu.
– Lekarza nie da się wykształcić w sali wykładowej – podkreśla Sebastian Goncerz, dodając, że już widać spadek jakości kształcenia medyków. W tym zwłaszcza kształcenia praktycznego, bo w zbyt licznych grupach trudniej o dostęp do wykonywania procedur. Z badania Porozumienia Rezydentów OZZL, które objęło studentów ostatnich lat i lekarzy stażystów, wynika, że 76 proc. z nich nie wykonało pobrania krwi tętniczej, a 61 proc. nie szyło chirurgicznie.
– Dlatego też krytykujemy pomysł skrócenia stażu podyplomowego, który daje ostatnią możliwość praktycznej ogólnej nauki zawodu przed specjalizacją – zaznacza Sebastian Goncerz.