Niedzielne wybory do landtagów dwu południowych krajów związkowych, Badenii-Wirtembergii i Nadrenii-Palatynacie, inaugurują serię wyborów, którą zakończy wrześniowa elekcja do Bundestagu.

Po niej Niemcy nie będą takie same jak do tej pory, chociażby dlatego, że kanclerzem nie będzie Angela Merkel i nie wiadomo, czy rządzić będzie nadal CDU w sojuszu z bawarką CSU oraz w koalicji w innym ugrupowaniem. Obecnie jest nim SPD.

O tym, co się stanie we wrześniu, decydują w dużej mierze także wybory landowe. Partia pani kanclerz, nadal największa w Niemczech, nie wypada dobrze w dwu południowych landach. Nie może marzyć o zwycięstwie ani nawet o utrzymaniu obecnej pozycji. Wygląda na to, że w liczącej 10 mln mieszkańców Badenii-Wirtembergii wygrają Zieloni z rządzącym już dekadę premierem Winfriedem Kretschmannem, a w ponad dwa razy mniej liczebnym Nadrenii-Palatynacie premierem pozostanie zapewne pani Malu Dreier z SPD.

Niemal pewne zwycięstwo Zielonych zwiększa szanse tej partii jeżeli nie na przejęcie władzy w całym kraju we wrześniu, to przynajmniej uczestnictwo w koalicji rządowej.

Już przed poprzednimi wyborami kanclerz Merkel czyniła przygotowania do koalicji z Zielonymi, otwierając drogę do przyjęcia przez Bundestag ustawy o małżeństwach homoseksualnych. Bawarska CSU od dawna nie ma nic albo prawie nic przeciwko dawnym największym wrogom politycznym.

Ale w takim przypadku Zieloni nie mogliby liczyć na stanowisko kanclerza, gdyż CDU z poparciem 33–35 proc. pozostanie partią silniejszą od ugrupowania Zielonych (ok. 20 proc.). Zgoła inaczej wyglądałaby sytuacja w wypadku koalicji Zielonych z SPD i Lewicą (Die Linke), czyli jak obecnie w Berlinie. W takiej konstelacji Zieloni byliby największą siłą i z prawem mianowania kanclerza w osobie charyzmatycznej Annaleny Baerbock czy Roberta Habecka tworzących dwuosobowe kierownictwo partii.