„Wall Street Journal” podał, że Władimir Putin chciałby zorganizować trójstronne spotkanie z Donaldem Trumpem i Xi Jinpingiem, podczas którego można byłoby uzgodnić zakończenie wojny w Ukrainie na warunkach korzystnych dla Moskwy. Według rozmówcy dziennika, byłego funkcjonariusza rosyjskich służb, Putin chciałby, aby szczyt stał się „drugą Jałtą” – spotkaniem, na którym przywódcy mocarstw podzieliliby świat na strefy wpływów.

W programie „Fakty po Faktach” w TVN24 Sikorski ocenił, że rosyjski przywódca od lat marzy o pozycji jednego z uczestników triumwiratu rządzącego światem. Zaznaczył jednak, że Ukraina nadal stawia opór, a Putin chce zdobyć terytoria, których rosyjskiej armii nie udało się podbić.

Szef MSZ podkreślił, że samo myślenie o podziale świata na strefy wpływów jest niebezpieczne. Zakwestionował też traktowanie Rosji jako równorzędnego globalnego mocarstwa, wskazując, że jej gospodarka jest mniejsza od włoskiej.

Szef polskiej dyplomacji dodał, że "przy okazji ma pytanie do naszych kolegów nacjonalistów, tych, którzy tak chętnie mówią jak najgorzej o Unii Europejskiej". - Do pana prezydenta też. Panowie, kogo byście woleli w tym triumwiracie? Rosję czy Unię Europejską? - zapytał. Przekonywał, że Polska ma wpływ na decyzje podejmowane w UE, między innymi dzięki prawu weta i swojej reprezentacji, podczas gdy jej oddziaływanie na Stany Zjednoczone jest znacznie bardziej ograniczone. – Chciałbym, żeby nasza prawica wreszcie stała się patriotą Europy, bo na Unię Europejską mamy jakiś wpływ – mówił.

Czytaj więcej

Karol Nawrocki odniósł sukces w USA. Ale popełnił jeden poważny błąd

Sikorski zarzuca otoczeniu prezydenta działania przeciwko rządowi

Wicepremier ocenił, że ewentualne porozumienie mocarstw z pominięciem Europy byłoby dla Polski skrajnie niebezpieczne. Ostrzegł przed sytuacją, w której decyzje dotyczące bezpieczeństwa kontynentu zapadałyby bez udziału europejskich państw. Przywołał przy tym historyczne doświadczenia Polski związane z szukaniem wsparcia na obcych dworach.

Sikorski zarzucił również ludziom prezydenta Nawrockiego, że intensywnie zabiegają o pogorszenie opinii o polskim rządzie w Białym Domu. Jak mówił, przedstawiciele tego środowiska mieli chwalić się skutecznością takich działań. Nawiązał także do określenia „persona non grata”, które – jak przypomniał – pojawiało się w kontekście relacji polsko-amerykańskich.

Zdaniem szefa MSZ poparcie ze strony amerykańskiego prezydenta nie powinno służyć wyłącznie krajowym celom politycznym Karola Nawrockiego. Powinno przekładać się na konkretne korzyści dla Polski, w tym na zabiegi o zwiększenie obecności wojsk amerykańskich. Sikorski przypomniał, że liczba amerykańskich żołnierzy w Polsce miała spaść z około 10 tys. do około 6 tys.

Czytaj więcej

O czym nie wie Donald Tusk, czyli kulisy amerykańskiej misji Michała Kamińskiego

– Z tym kapitałem trzeba jeszcze coś zrobić dla dobra Polski, a nie tylko dla swojego dobra – podkreślił.

Sikorski zakwestionował również, jak często i w jakiej formie rozmawiają ze sobą Nawrocki i Trump. Zaznaczył, że same dobre relacje między politykami nie wystarczą, jeśli nie przynoszą wymiernych efektów dla polskiego bezpieczeństwa.

- Chciałbym zobaczyć Karola Nawrockiego robiącego chociażby to, co Andrzej Duda, który, wiem to, tłumaczył Trumpowi, że Orban go wprowadza w błąd, siejąc rosyjską narrację - powiedział Sikorski. -  I chciałbym zobaczyć intensywniejsze kontakty między prezydentami i intensywniejsze zabiegi o to, żeby ta wojna się skończyła na akceptowalnych dla Ukrainy warunkach. Chyba że pan prezydent jest takim Ukrainosceptykiem, że ma to w nosie, tak jak prezydent Trump – dodał.

Rozmowy w Waszyngtonie i zarzut politycznych intryg

Szef MSZ wrócił także do spotkania wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza z Donaldem Trumpem, w którego organizacji miał uczestniczyć europoseł PiS Adam Bielan. Sikorski powiedział, że do jego resortu nie dotarła notatka z rozmowy, choć – jak zaznaczył – z tego rodzaju spotkań powinny powstawać dokumenty.

Według ministra brak notatki nabrał znaczenia w świetle późniejszych doniesień o politycznych planach związanych ze spotkaniem. Sikorski powołał się na publiczne wypowiedzi Telewizji Republika, która miała informować, że rozmowy dotyczyły działań zmierzających do zmiany premiera, a w konsekwencji także koalicji rządzącej.

Dopytywany, czy Kosiniak-Kamysz potwierdził mu, że temat zmiany rządu rzeczywiście pojawił się w rozmowie, Sikorski nie ujawnił szczegółów. -Rozmowy między wicepremierami nie są do ujawniania w domenie publicznej, ale jestem zbudowany koalicyjną lojalnością Kosiniaka-Kamysza – powiedział Sikorski.

 

Czytaj więcej

Sondaż: Karola Nawrockiego dobrze ocenia mniej niż połowa Polaków

Spór o ambasadorów. Nawrocki woli rozmawiać z Tuskiem

W rozmowie pojawił się również temat zablokowanych nominacji ambasadorskich. Sikorski stwierdził, że nie czuje się osobiście dyskryminowany przez prezydenta, ponieważ – w jego ocenie – Karol Nawrocki podobnie traktuje kompetencje innych instytucji. Zarzucił mu przekonanie, że udział w końcowym etapie procedury daje prawo do samodzielnego decydowania o jej rezultacie.

Minister porównał to do sytuacji, w której starosta odmawiałby wydania prawa jazdy osobie, która zdała egzamin, z powodu jej poglądów politycznych.

Spór o nominacje ambasadorskie powrócił także w niedawnym wywiadzie Nawrockiego dla „Rzeczpospolitej”. Prezydent zakwestionował sens rozmów z Sikorskim, argumentując, że minister nie jest osobą decydującą w tej sprawie. – Po co mam rozmawiać z ministrem, który nie jest gospodarzem sytuacji? Mogę rozmawiać z szefem ministra Sikorskiego, czyli z premierem Tuskiem – powiedział Nawrocki.

Sikorski krytycznie ocenił takie podejście, zarzucając prezydentowi stosowanie „przemocowego stylu” w relacjach z rządem. W jego ocenie problem polega na tym, że prezydent traktuje swoje uprawnienia jako podstawę do blokowania decyzji podejmowanych przez inne organy państwa.