Kanclerz Niemiec Olaf Scholz postanowił się zmierzyć ze stanem Unii Europejskiej po inwazji rosyjskiej na Ukrainę. Uznał, że najważniejszą odpowiedzią Europy na agresję i imperializm musi być jedność. A nawet jej pogłębianie. Do tego, jego zdaniem, niezbędne jest zerwanie z „egoistycznym blokowaniem” unijnych decyzji przez pojedyncze państwa członkowskie. Czyli pożegnanie weta w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa.

Pożegnanie z wetem robi się raz i na zawsze. Już to skłania do wielkiej ostrożności. Zwłaszcza w czasie wielkiej wojny. Można sobie wyobrazić sytuację, w której zmęczone nią kraje utworzyłyby większość kwalifikowaną (ją w miejsce jednomyślności proponuje Scholz) i przegłosowały coś, co mniejszość, leżąca przy granicy z Rosją, postrzega jako egzystencjalne zagrożenie.

Czytaj więcej

Michał Kolanko: PiS podbija wyborczą retorykę

Wbrew temu, co sugeruje Scholz, pożegnanie z wetem nie jest nową koncepcją powstałą w odpowiedzi na wojnę na wielką skalę, którą Rosja rozpoczęła 24 lutego. Domagał się tego rok temu szef niemieckiej dyplomacji Heiko Maas (z tej samej partii co obecny kanclerz – z SPD). Jest o tym mowa także w umowie koalicyjnej rządu Scholza, którą podpisały pod koniec ubiegłego roku SPD, Zieloni i FDP.

Kanclerz sprzedaje więc teraz w tekście opublikowanym w piątek równocześnie w „Gazecie Wyborczej” i niemieckim dzienniku „Frankfurter Allgemeine Zeitung” niemiecki projekt sprzed wojny w nowym wojennym opakowaniu.

Czytaj więcej

Marek A. Cichocki: Rdzeń europejskiego bezpieczeństwa

Niemieckie błędy wobec Rosji sprzed wojny i zachowanie rządu w Berlinie po jej rozpoczęciu spowodowały jednak głęboką nieufność do długoletniego europejskiego trendsettera. Upłynie wiele czasu, zanim zawiedzeni postawą Niemiec będą sobie mogli odpowiedzieć na pytanie, czy na pewno chcą takiego przywództwa. A przy okazji, czy w ich interesie jest pożegnanie z zasadą jednomyślności w polityce zagranicznej. To od tych najbardziej rozczarowanych, najbardziej zagrożonych brakiem prawa weta powinna wyjść taka inicjatywa.

Bo weto może być i dla nich problemem. Trudno sobie wyobrazić rozszerzenie Unii o Ukrainę, które rozczarowani i zagrożeni mają wypisane na sztandarach, przy zachowaniu zasady jednomyślności. Podobnie z przyjmowaniem do Unii krajów Bałkanów Zachodnich. Są, i zapewne będą, tego przeciwnicy.

Większa UE to jednak sprawa przyszłości, co najmniej dekady. Zanim do tego dojdziemy, Unia musi się zmienić w taki sposób, by żadne państwo członkowskie nie bało się, że odejście od weta będzie dla niego zagrożeniem. Oznacza to uniezależnienie się od Rosji, a także Chin. Tak, by autorytarne mocarstwa nie miały już szans na wywieranie wpływu na politykę prowadzoną przez Unię i jej najmocniejsze państwa. Całkowite uniezależnienie od surowców energetycznych i od pokusy robienia lukratywnych interesów na wielkich rynkach. Bo za nie się płaci politycznie, płacą zwłaszcza najsłabsi i najgorzej położeni geograficznie.

Scholz forsuje ideę pożegnania z wetem w złym momencie. Nie dostrzega też rzeczywistości albo nie chce jej dostrzec. Niemcy nie mają dzisiaj wizerunku pozwalającego na proponowanie fundamentalnych zmian. Próbując je forsować, dają paliwo tym, którzy w innych krajach wykorzystują politycznie antyniemiecką retorykę.

W Unii nie ma atmosfery na zmiany w traktacie UE, do tego wymagana jest jednomyślność – ta właśnie, którą Niemcy chcą pożegnać. Nic z tego teraz nie będzie. Nie są do tego gotowe, borykające się z wewnętrznymi problemami, kraje numer dwa i trzy, Francja i Włochy. Niechęć do zmiany wyraziło wspólnie kilkanaście krajów z północy, centrum i południa, prawie połowa Unii. Argumentowały: weto nie zaszkodziło dotąd w jedności w czasie największych kryzysów.

Sprawę trzeba odłożyć na przyszłość. Na czas, gdy nowe trendy będzie można wprowadzać bez lęku. Niefortunne, że najsilniejsze państwo samodzielnie ogłasza teraz takie inicjatywy. Niedawno się okazało, jak straszny błąd popełniło. Czy możemy być pewni, że nie popełni kolejnego?