Premier Estonii Kaja Kallas powiedziała kilka dni temu, że gdyby Rosja dokonała inwazji, to wasz kraj zostałby wymazany z mapy Europy, a Tallin obróciłby się w gruzy. Tak oceniła dotychczas obowiązujące gwarancje NATO dla państw bałtyckich. To retoryczna przesada czy rzeczywiście sytuacja byłaby aż tak poważna?

W obrazowy sposób opisała, jak zmieniło się nasze bezpieczeństwo po 24 lutego 2022 r. Inwazja Rosji na Ukrainę oznacza, że wszystkie plany obrony terytorium NATO powinny ulec zmianie. I to jest nasz przekaz dla sojuszników i powód, dla którego pani premier używa takich słów.

A czego konkretnie Estonia i inne państwa bałtyckie życzyłyby sobie jako gwarancji ich bezpieczeństwa?

Dotychczasowa wysunięta obecność sił NATO już nie wystarcza. Potrzebna jest większa obecność stała. Musimy zrezygnować ze strategii polegającej na odstraszaniu wizją późniejszej kary, bo ona już nie gwarantuje nam bezpieczeństwa. I przejść na odstraszanie przez zaprzeczenie. Czyli uświadomienie potencjalnemu agresorowi, że zrobimy wszystko, żeby jego akcja nie odniosła sukcesu, że NATO będzie bronić każdego skrawka estońskiej, łotewskiej i litewskiej ziemi. To oznacza, że będziemy reagować natychmiast. Do tego potrzebujemy świetnego wywiadu, który dostarczy nami wiedzę o wszystkich planach naszego przeciwnika. Poza tym w razie kryzysu musimy mieć wystarczająco dużo żołnierzy na naszym terytorium. Szacujemy, że potrzebne nam są dwie brygady naszych własnych żołnierzy i jedna brygada sojusznicza, czyli w sumie w razie ataku musimy mieć jedną gotową do walki dywizję, która walczyłaby pod dowództwem NATO. To samo dotyczy Litwy i Łotwy. Nie wystarczy nam już także patrolowanie przestrzeni powietrznej przez NATO, potrzebujemy obrony przeciwlotniczej i skutecznej obrony na morzu. Przygotowujemy właśnie porozumienie o współpracy pomiędzy trzema państwami bałtyckimi, które przewiduje, że w razie ataku na jedno z państw bałtyckich natychmiast pozostałe pospieszą z pomocą. Nie czekamy więc tylko na NATO, ale szukamy też regionalnych możliwości zwiększenia naszego bezpieczeństwa. Musimy tak skonstruować nasze odstraszanie, żeby Putin zrozumiał, że atak na jakiekolwiek z państw bałtyckich, czy na Polskę, będzie go tak dużo kosztował, że być może wszczynanie konwencjonalnej wojny nie ma sensu.

Szwecja i Finlandia będą nowymi członkami NATO. Czy w jakiś sposób wzmacnia to bezpieczeństwo regionu Morza Bałtyckiego?

Oczywiście. Morze Bałtyckie stanie się wewnętrznym akwenem NATO. I razem z tymi krajami możemy skutecznie odstraszać Rosję. Wspólne manewry i szkolenia, dzielenie się informacjami, w tym wywiadowczymi, zwiększają nasze bezpieczeństwo.

Czy zachodni sojusznicy w NATO mają wystarczającą świadomość zagrożenia płynącego ze strony Rosji?

Wielu zachodnich przywódców powiedziało, że inwazja na Ukrainę była dla nich dzwonkiem alarmowym. Wcześniej kraje bałtyckie i Polska próbowały wyjaśniać swoim partnerom w NATO, jak niebezpieczna jest Rosja, ale bez rezultatu. Pamiętam, kiedy pojechałem na pierwsze spotkanie ministrów obrony NATO po 24 lutego. Wielu kolegów, szczególnie z Europy Południowej, podchodziło do mnie i mówiło: „Przepraszam, że ci nie wierzyłem. Myślałem, że przesadzasz, że nie jesteś obiektywny”. To była pobudka. Niestety, bardzo kosztowna dla naszego sąsiada Ukrainy.

Czy NATO robi wystarczająco dużo, jeśli chodzi o pomoc wojskową dla Ukrainy?

Autopromocja
Subskrybuj nielimitowany dostęp do wiedzy

Unikalna oferta

Tylko 5,90 zł/miesiąc


WYBIERAM

Zależy kto. Estonia zdecydowała o wysyłaniu broni już w grudniu 2021 r., pierwsze dostawy miały miejsce w styczniu, a więc zanim rozpoczęła się wojna. Polska jest znakomitym przykładem, robi dla Ukrainy, co tylko się da. Uważamy, że duże kraje Europy Zachodniej powinny robić dużo. Ale rozumiemy też, że tam procedury są bardziej skomplikowane niż w takim małym kraju, jak nasz. No i ich sytuacja polityczna jest inna niż nasza, nie są sąsiadami Rosji, nie mają takich doświadczeń historycznych z tym krajem jak my.