I fraza o „prywatnej armii" użyta przez prezydenta Andrzeja Dudę podczas Święta Wojska Polskiego błyskawicznie zrobiła karierę i pewnie na długo zostanie w języku polskiej polityki.

Warto jednak przyjrzeć się całości przemówienia prezydenta – dopiero wtedy widać wyraźnie, jak głębokie jest pęknięcie w sposobie myślenia o armii między głową państwa a szefem MON Antonim Macierewiczem. I jak skrajnie różne drogi wybrali obaj politycy, żeby przekonać do siebie wojskowych. Trwa wyścig o ich poparcie, żeby nie powiedzieć – dusze. Ale na razie faworyta wskazać trudno.

Otóż prezydent Duda podkreślał siłę „polskiego ducha" podczas wojny bolszewickiej, który „potrafił mimo skrwawienia naszego narodu stanąć ponad wszelkimi podziałami. I dlatego był to nasz taki wielki sukces: że wszyscy wtedy stanęli razem niezależnie od różnic w poglądach politycznych, niezależnie od różnic w spojrzeniu na sytuację strategiczną, niezależnie od swoich ambicji". Nie mogło się to spodobać i Macierewiczowi, i w ogóle politykom PiS, dla których bitwa z totalną opozycją jest jednym z dogmatów rządzenia. Wojskowi, byli i obecni, nieoficjalnie twierdzą, że prezydent właśnie tym zapunktował. W wojsku – oczywiście poza najwyższymi szczeblami – przez ostatnie ćwierć wieku w miarę udawało się utrzymać dystans od bieżącej polityki i armia to pojmowała jako olbrzymią wartość. Działania szefa MON – przede wszystkim kadrowe – zburzyły to poczucie oddalenia od politycznego frontu.

Prezydent zapunktował też czymś innym. „W 1920 roku udało nam się zwyciężyć także m.in. dlatego, że ponad milion ludzi poszło pod broń. Milion ludzi, którzy w wielu przypadkach – powiem: w większości przypadków – mieli doświadczenie bojowe wyniesione z armii państw zaborczych, wyniesione z polskich Legionów, doświadczenie bojowe w I wojnie światowej" – mówił we wtorek. A to już można odebrać nie tylko jako odwołanie do rzeczywistości wojny polsko-bolszewickiej, ale także do rzeczywistości jak najbardziej bieżącej. Na MON-owskim cenzurowanym są przecież wojskowi z nieodpowiednią przeszłością, ci, którzy zdobywali szlify w PRL bądź, o zgrozo, studiowali w Moskwie. Tymczasem w armii jest jak najgorzej widziane podważanie fachowości i patriotyzmu żołnierzy ze względu na to, co robili przed kilkudziesięciu laty, na początku swej kariery.

Co więcej, Antoni Macierewicz przeczy sam sobie. Na równi z wojskowymi wywodzącymi się z PRL odstrzela tych, którzy mają za sobą edukację w najlepszych NATO-wskich uczelniach.

Czy zatem wydarzenia z 15 sierpnia spowodują, że Andrzej Duda zyska sympatię w armii i w sprawach wojska dostanie politycznych skrzydeł? Niekoniecznie. Przede wszystkim dlatego, że prezydent podjął bardziej energiczne działania w sprawie armii po blisko dwóch latach bezczynności. Wcześniej akceptował działania Antoniego Macierewicza, a jedyną formą protestu były dosyć groteskowe listy, które szef MON ostentacyjnie lekceważył. To były dwa lata utraty wiarygodności prezydenta w sprawach wojska. I z tego właśnie powodu trudno orzec, w jaki sposób Andrzej Duda podchodzi do konfliktu z Antonim Macierewiczem. Czy jest to wygodny element chwilowej rozgrywki z politycznym zapleczem czy początek batalii o odzyskanie konstytucyjnej zwierzchności nad siłami zbrojnymi. Jego słowa z 15 sierpnia można uznać za budujące, ale ostatnie dwa lata – bardzo ciążą.