Gdy dowiedziała się pani, że Andrzej Poczobut, więzień polityczny, został uwolniony z białoruskiego więzienia, po wielu latach bezowocnych starań naszych kolejnych rządów, co pani pomyślała? Że to cud?
Akurat byłam w Wilnie, gdzie miałam wygłosić laudację na cześć Andrzeja Poczobuta, bo dwa stowarzyszenia polsko-litewskie i litewsko- -polskie chciały mu wręczyć nagrodę im. Jerzego Giedroycia. Przygotowałam przemowę i ze smutkiem myślałam, że już tyle nagród Andrzej otrzymał i nic to w jego sytuacji nie zmieniło. Zastanawialiśmy się, kto odbierze tę nagrodę w jego imieniu, i ustaliliśmy, że będzie to Edward Palczys, były więzień, który siedział w tej samej kolonii karnej, co Andrzej w sąsiedniej izolatce. Tymczasem dosłownie na godzinę przed rozdaniem nagród napisał do mnie kolega z Biełsatu, że Andrzej Poczobut wyszedł na wolność! Ucieszyłam się niesłychanie, bo jeżeli się wie, jak wyglądają białoruskie więzienia, to ma się świadomość, że każdy rok, który on tam siedzi, przyspiesza jego śmierć. Takie warunki w tych łagrach panują. Wiele zależy, oczywiście, od stanu zdrowia danej osoby, ale także trochę i od tego, czy władze postanowią danego więźnia wykończyć, czy nie.