Platon odegrał dużą rolę w moim życiu. Nie chodzi nawet o poglądy, które głosił – choć jako student Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego w schyłkowym okresie PRL i na początku wolnej Polski poświęciłem im chyba więcej uwagi i pracy niż poglądom wszystkich innych filozofów – ale o uruchomienie wydarzeń. O popchnięcie mnie na tor, dzięki któremu dojechałem do dziennikarstwa, do pracy w „Rzeczpospolitej” i w końcu do pisania felietonów w „Plusie Minusie”. O, jakby to dziwnie nie brzmiało, udział w realizacji mojego życiowego scenariusza, o którym w ponurej, szarej epoce nawet nie marzyłem. Szczegółowo opiszę to za jakiś czas, pewnie wtedy, gdy zdawanie na studia będzie ważnym tematem. Teraz ujawnię, że – dosyć przypadkowa, trzeba przyznać – lektura jednego z dzieł Platona tuż przed egzaminem do Instytutu Filozofii na UW w 1985 r. w znacznym stopniu przyczyniła się do tego, że zdałem go, nieoczekiwanie dla mnie i mojej rodziny, wyjątkowo dobrze. A wtedy na filozofię było co najmniej dziesięciu kandydatów na jedno miejsce.