Od wielu lat trwa w świecie dyskusja na temat wykorzystywania seksualnego małoletnich przez część duchownych. Dotyczy także Polski. W debacie tej jest wiele emocji, złości i tym podobnych uczuć. Problem w tym, że bardzo często przysłaniają one kwestie merytoryczne.

Po tym jak przed tygodniem opisaliśmy w „Rz", przeznaczoną do „użytku wewnętrznego" instrukcję dla biskupów, dotyczącą współpracy z wymiarem sprawiedliwości i organami ścigania, z której wynika, że dokumenty spraw zakończonych na etapie diecezjalnym i przekazane do Watykanu są właściwie niedostępne – trzeba o nie występować na drodze dyplomatycznej – podniosły się głosy, że Stolica Apostolska utrudnia wyjaśnienie spraw wykorzystywania seksualnego małoletnich i pilnie strzeże swoich tajemnic. W tym kontekście – jako przykład wzorowej wręcz współpracy – wskazuje się na to, że badająca problematykę wykorzystywania seksualnego niezależna komisja francuska (CIASE), która opublikowała swój raport jesienią ub. roku, dostęp do dokumentów miała. Podobnie jak komisja pracująca w archidiecezji monachijskiej – jej raport ukazał się w ub. tygodniu.

Czytaj więcej

Tomasz Krzyżak: Dla Watykanu tajne ma być tajne

Ale z publicznych prezentacji obu raportów wyłapano i przekazano opinii publicznej kwestie wzbudzające właśnie emocje. Mówiąc o raporcie francuskim, skupiono się na idącej w setki tysięcy liczbie pokrzywdzonych, z raportu monachijskiego wyłapano kilka przypadków – dość dyskusyjnych – zaniedbań kard. Josepha Ratzingera (stał na czele archidiecezji Monachium i Freising w latach 1977–1982), obecnie emerytowanego papieża Benedykta XVI. Zauważono także rozdziały mówiące o przyczynach tuszowania przypadków wykorzystywania w Kościele, wyłuskano również rekomendacje na przyszłość.

To ledwie kilkadziesiąt stron z opasłych opracowań. Tymczasem te pominięte fragmenty przynoszą odpowiedzi na dręczące nas nad Wisłą pytania i pokazują drogę, którą trzeba przejść, by zbadać problem wykorzystywania w Kościele w Polsce.

O jakich fragmentach mowa? Przede wszystkim tych dotyczących metodologii pracy nad raportami, źródeł z jakich korzystano, dokumentów, jakie poddano analizie. Ich lektura dla niektórych może się okazać szokująca, bo ani komisja francuska ani niemieccy eksperci nie prosili o nic w Watykanie. Ich praca ograniczyła się wyłącznie do badania dokumentów zgromadzonych w ich krajach. Podejście to wydaje się słuszne, bo przecież dopiero w roku 2001 Watykan nakazał obligatoryjne powiadamianie się o każdym przypadku wykorzystania, którego sprawcą była osoba duchowna. A zatem – jeśli Stolica Apostolska coś ma – to wiedzę o sprawach, które zadziały się po roku 2001. Wcześniej załatwiano je na poziomie diecezji. Praca ekspertów z obu krajów skupiała się zatem na poszukiwaniach zaniedbań od roku 1949 (Monachium) i 1950 (Francja).

Czytaj więcej

Tomasz Krzyżak: Kościół w Polsce potrzebuje rechrystianizacji

W Monachium zaczęła się ona właściwie w roku 2010, gdy w archidiecezji powołano grupę o roboczej nazwie „stare sprawy". Pod kątem spraw z zakresu wykorzystania seksualnego przejrzała ona blisko 10 tys. teczek personalnych księży, z których do dalszych badań wyłuskano nieco ponad 400. Badania prowadziła ta sama kancelaria prawna, która opracowała raport teraz, ale tamten z 2010 r. pozostał tajny. Wiadomo, że wytknięto diecezji bałagan w prowadzeniu i przechowywaniu dokumentacji. Zaproponowano plan naprawczy, który wdrożono, a który spotkał się z oporem pracowników kurialnych i szeregowych księży.

Opracowując raport aktualny, eksperci mieli do dyspozycji materiał zgromadzony w 2010 r., akta osobowe pracowników świeckich, dzienniki urzędowe archidiecezji, dokumenty z kancelarii biskupów, w tym. m.in. protokoły posiedzeń różnych grup działających w obrębie kurii, dokumenty wikariuszy generalnych, dostali także dostęp do archiwów seminaryjnych. Materiały te udostępniano im do badań zawsze w obecności pracownika kurii. Eksperci wzięli też pod lupę doniesienia prasowe z interesującego ich okresu, a także materiały prokuratorskie, akta procesów z sądów państwowych. Dopiero ta gigantyczna kwerenda krzyżowa pozwoliła na stworzenie raportu.

Autopromocja
Wyjątkowa okazja

Roczny dostęp do treści rp.pl za pół ceny

KUP TERAZ

Podobny system działania przyjęła komisja francuska – jej metodologia opisana jest w liczącym ponad 600 stron aneksie do raportu głównego. I tam też brak śladów po sięganiu do dokumentów w Watykanie.

Wnioski z tego trzy. Pierwszy: jeśli sądy, prokuratury czy państwowa komisja ds. pedofilii chcą czegoś szukać w Watykanie, to niech szukają, lecz niewiele nowego tam odkryją. Drugi: biskupi powinni współpracować ze świeckim wymiarem sprawiedliwości w zakresie, na który pozwala im dziś kościelne prawo – zniesienie sekretu papieskiego pozwala bowiem na dalej idącą niż dotychczas współpracę. Trzeci: rodzimi hierarchowie, chcąc być wiarygodni, muszą przestać patrzeć w kierunku Watykanu, lecz powołać niezależną komisję, zrobić szeroką kwerendę i opracować raport, który pokaże skalę problemu, z jaką mieliśmy do czynienia nad Wisłą. Pewne prace już wykonano – zebrano dane statystyczne z diecezji i nawet je upubliczniono.

Tymczasem nasi hierarchowie zachowują się jakby błądzili we mgle. Kościoły na zachodzie Europy podejmują wysiłek oczyszczenia, w Polsce coraz większa jest presja oddolna, by to zrobić. Biskupi zaś niby chcą, ale wciąż się boją. Czas, by zrobili krok w przód. Im szybciej, tym lepiej.