Bielecki skwitował w ten sposób wczorajszą wypowiedź prezesa NBP Adama Glapińskiego, który na konferencji prasowej bronił zarobków swoich pracownic. "Gazeta Wyborcza" wyliczyła bowiem, że jedna ze współpracownic Glapińskiego, dyrektor działu marketingu Martyna Wojciechowska, zarabia 65 tys. złotych miesięcznie.

Glapiński stwierdził, że 14 dyrektorów w NBP zarabia "podobnie" jak  Wojciechowska. Nie podał jednak konkretnych kwot, a jedynie średnie.

Glapiński wypowiedział się też na temat słów ministra nauki Jarosława Gowina, który był jednym z krytyków wysokości zarobków w Narodowym Banku Polskim. - Pan Gowin powinien dwa razy wziąć głęboki oddech. Jak to nie pomoże, to zimny prysznic i się nie wypowiadać na temat Narodowego Banku Polskiego, bo tworzy pewne zamieszanie. Tym bardziej, że jest kompletnie niepoinformowany o co chodzi - mówił Glapiński.

Tę wypowiedź skomentował z kolei gość "Faktów po Faktach" Jan Krzysztof Bielecki. Zauważył, że wokół zarobków w NBP trwa emocjonalna dyskusja, która nie wnosi nic konkretnego. - Wydaje mi się, że już nie ma odwrotu. Trzeba położyć, jak niektórzy mówią, nóżki na stół i dokładnie wszystko powiedzieć - mówił Bielecki.

Przypomniał, że był pierwszym prezesem zarządu banku (Pekao - red.)., który ujawnił swoje zarobki. Spotkał się po tym z krytyką środowiska, ale uważa, że "jeżeli ktoś ma odwagę dużo zarabiać, to musi mieć odwagę również to powiedzieć".

Reakcję Adama Glapińskiego na żądania ujawnienia zarobków pracowników NBP Bielecki nazwał "emocjonalną" reakcją kogoś na świeczniku, kto jest nieprzyzwyczajony do niewygodnych pytań.