Przed laty był to jeden z najgorętszych tematów światowej polityki, dziś jest już nieco zapomniany. Pokryty nie tyle kurzem czy patyną, co pozłotą blichtru kolorowych przewodników i tysięcy turystycznych zdjęć na Instagramie. Tak właśnie, na Cypr jeździ się odpocząć w ekskluzywnych kurortach, popływać w przejrzystej jak kryształ wodzie, wyleżeć na palącym niemiłosiernie słońcu Orientu. I mało kto wie, że pod naskórkiem tej zanurzonej w komercji krainie czai się fascynująca historia i żywa do dziś, tętniąca gęstą krwią – trauma.

Cypr od tysięcy lat był w oku cyklonu. Strategiczne położenie wyspy, o mniej niż 100 km od wybrzeży Anatolii i tyle samo od Syrii, nieco więcej od Palestyny i Egiptu, czyniło ją atrakcyjną dla każdego zdobywcy. Dlatego historia tego spłachetka ziemi wiąże go z Fenicjanami, Grekami, Asyryjczykami, Persami, Egiptem i Rzymem. A bliżej naszych czasów z krzyżowcami, Wenecjanami, Turkami i Wielką Brytanią.

Cypr był zwykle czyjąś prowincją, wielką bazą wojskową i w tym sensie nic się do dziś nie zmieniło. Choć od 1960 r. niepodległy, wciąż gości dwie potężne bazy Wielkiej Brytanii, a od 1974 r. doświadcza podziału na południową część republikańską i północną, wciąż okupowaną przez armię turecką. Formalnie to niepodległe państwo – Turecka Republika Północnego Cypru, ale prócz tego, że niemal nikt tego państwa nie uznaje, nikt też nie odważy się zakwestionować, że kuratelę nad jego terytorium sprawuje Ankara.




Południe jest świetnie rozwijającą się krainą należącą do Unii Europejskiej (z punktu widzenia południa cała wyspa jest w Unii) i pozorną krainą szczęśliwości. Pozorną, bo pod cienkim płaszczem blichtru czai się wspomniana wcześniej trauma. To właśnie ona jest głównym bohaterem książki Orchowskiego „Wyspa trzech ojczyzn. Reportaż z podzielonego Cypru". Jakie jest źródło tej traumy? Orchowski opisuje jej sens w krótkim, ale niezwykle celnym zdaniu: „Plagi istnieją trzy. Obok rasizmu są to nacjonalizm i fanatyzm religijny". Wszystkie występują na podzielonym Cyprze i wszystkie wciąż spędzają ludziom sen z oczu. Wspomniałem już o 1974 r., kiedy Ankara wysłała na wyspę wojska i od tamtej pory trwa podział Cypru. To wciąż pamiętana, zła data, ale wcale nie początek tej historii. Najpierw była brytyjska okupacja, krwawo tłumione powstania i terroryzm. Potem, już po uzyskaniu niepodległości, coraz bardziej krwawy konflikt między grecką większością a turecką mniejszością i coraz głośniej rezonujący postulat „Enosis", czyli przyłączenia wyspy do greckiej „macierzy". Turcy rozumieli to jako śmiertelne zagrożenie, podsycane jeszcze przez szwadrony śmierci organizacji EOKA B. Sami też dokonywali zabójstw, ale, w co można dziś uwierzyć, głównie w samoobronie.

Rok 1974 to najpierw zamach stanu zwolenników „Enosis", a potem brutalna interwencja Turcji. Efekt? Dramatyczne i krwawe walki, przypadki ludobójstwa, zniknięć, czystki etniczne, przesiedlenie dziesiątek tysięcy ludzi. Do dziś to niezabliźniona rana. Obsesja dużej części skonfliktowanych Cypryjczyków, którzy nigdy nie zapomnieli o swoim zagrabionym majątku i zaginionych krewnych. I właśnie o tym opowiada Orchowski.

To narracja spokojna, wyważona, próbująca przedstawić racje wszystkich społeczności na wyspie. Bez zadęcia, ale i bez lamentowania. Autor z fantastyczną łatwością trafia na takich, co w istocie mają co powiedzieć, a wszystkie te opowieści są gorzkie i zwykle wyzute z nadziei. Co ma wyjątkowe znaczenie, Orchowski nie staje po żadnej ze stron. Z jednakim szacunkiem prezentuje racje greckie i tureckie. Przyjaciół ma po obu stronach linii demarkacyjnej. Udaje mu się też znaleźć takich, którzy myślą o wspólnej przyszłości na wyspie i są może ledwie rozbłysłym, ale jednak tlącym się gdzieś w oddali światełkiem nadziei.

Jak zaklasyfikować tę książkę? Nie mam pojęcia. O Cyprze pisali najwięksi, także mój faworyt Lawrence Durrell. W swoich genialnych wspomnieniach „Gorzkie cytryny Cypru" przedstawił jeden z najlepszych w literaturze XX wieku opis nadchodzącej jak „nocny złodziej" fali terroru. To książka oparta na intuicji i przepowiadająca dramatyczną przyszłość. Orchowski wraca do tych durrelowskich przeczuć po z górą 60 latach i pokazuje, jak bardzo były trafne. Pokazuje ten sam świat po trzęsieniu ziemi i dramacie podziału. Ale smutek i łzy są te same. Podobnie jak beznadziejna prawdziwość słów o plagach. Trzy z nich wciąż są żywe: rasizm, nacjonalizm i fanatyzm religijny. Wciąż żyją na Cyprze, ale nie tylko tam.