Nie wiadomo, kto wpadł na pomysł, aby założyć spółdzielnię. Skończyło się pierwsze dziesięciolecie niepodległej Polski, świat po 1929 roku pogrążył się w wielkim kryzysie, a oni – piłsudczycy, najwierniejsi ludzie Marszałka, z Pierwszą Brygadą w biografiach i bliznami z wojny polsko-bolszewickiej – coraz silniej odczuwali, że trzeba trzymać się razem. Do opinii publicznej docierały już wieści o Brześciu, trwał proces opozycji. Było po kolejnych wyborach, które choć dały Bezpartyjnemu Blokowi Współpracy z Rządem większość, nie pozwalały wprowadzić nowej konstytucji.

[srodtytul]Jedyna taka spółdzielnia[/srodtytul]

I właśnie wtedy, w 1931 r. powstała Oficerska Spółdzielnia Mieszkaniowo-Budowlana Proporzec. Wśród nazwisk 52 założycieli same znamienite postacie: najbliższy współpracownik Piłsudskiego pułkownik Walery Sławek, generał Kazimierz Sosnkowski oraz Adam Koc, wówczas wiceminister skarbu, a później szef Obozu Zjednoczenia Narodowego, ówczesny premier Aleksander Prystor z żoną Janiną z Bakunów Prystorową. I wreszcie osoby z drugiego planu, ale również wpływowe jak Marcin Woyczyński, osobisty lekarz Marszałka (Piłsudski później straci do niego zaufanie i usunie z mieszkania, podejrzewając, że odwiedzają go szpiedzy sowieccy). W spółdzielni nie zapomniano także o wdowach, jak choćby Halinie Więckowskiej, żonie Mieczysława, który w maju 1926 r. strzelił sobie w głowę, bo wysłał żołnierzy pułku na pomoc rządowi, a honor nie pozwalał mu pozostać nielojalnym wobec Komendanta.

Wszystkich ich łączyło oddanie dla marszałka Józefa Piłsudskiego. Wkrótce połączyć miała wspólna kamienica. Dom pod adresem Szucha 16 powstawał w latach 1934 – 1937, gdy we Francji rewolucyjne trendy w architekturze wytyczał Le Corbusier, głosząc, że sens mają tylko kąty proste. O wykonanie projektu spółdzielcy poprosili Edgara Norwertha, wziętego w Warszawie architekta, profesora Politechniki. Na wykładach i w stołecznych salonach wygłaszał tezy o zapóźnieniu architektury polskiej. Miał swoją idée fixe – funkcjonalność, niepozbawioną jednak estetyki. Zaledwie kilka lat wcześniej na jego desce kreślarskiej powstał projekt Centralnego Instytutu Wychowania Fizycznego (dziś AWF) na Bielanach.

Dom Norwertha ma 52 mieszkania i dwa lokale użytkowe. Cztery klatki schodowe, z których dwie mają po pięć pięter, jedna cztery i jedna sześć. Najmniejsze z mieszkań, o powierzchni 105 m.kw., zajmował płk dr Babecki. Największe – 206 metrów – należało do generała Sosnkowskiego. Marta Leśniakowska w „Architekturze w Warszawie w latach 1918 – 1939” opisuje: „Luksusowa wielkomiejska kamienica modernistyczna z oficynami o półkolistych przeszklonych ryzalitach i pied a terre. Stolarka drzwi wejściowych z kratownicą nawiązuje do inspirowanej sztuką japońską geometrycznej ornamentyki Franka Lloyda Wrighta”. Nie ma w niej zdobień, ani stiuków.

Dom stanął na tyłach budynku Generalnego Inspektoratu Sił Zbrojnych w Alejach Ujazdowskich. Okna w okna z wybudowanym po drugiej stronie al. Szucha monumentalnym gmachem Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego.

Norwerth nie mógł przypuszczać, że z tarasów i zaokrąglonych wykuszy mieszkańcy zaprojektowanej przez niego kamienicy przez dziesiątki lat będą oglądać dziejącą się na ich oczach historię. Że podczas wojny Niemcy zamienią gmach Ministerstwa Wyznań Religijnych w więzienie śledcze gestapo. Po wojnie część budynku w pobliżu dawnego GISZ zajmie urząd ds. wyznań, w drugiej zaś znajdzie siedzibę Centralne Laboratorium Kryminalistyczne. Jego eksperci – po napadzie stulecia na bank Pod Orłami – na podwórku rozłożą na części pierwsze szarą Warszawę. A w październiku 1984 r. w tym samym miejscu stanie fiat, którym sprawcy zbrodni przewozili ks. Popiełuszkę.

Ale jest rok 1938. Spółdzielcy Proporca stawiają się przed obliczem notariusza Stefana Benedykta, który kancelarię ma w gmachu Hipoteki na ulicy Kapucyńskiej pod numerem 6. Notariusz z należytą starannością spisuje dokumenty. Każdy ze spółdzielców staje się właścicielem mieszkania. A oprócz tego udziałów w 1/52 dwóch pomieszczeń gospodarczych, jednego lokalu i podwórka. Dla każdego z mieszkań założona zostaje odrębna księga wieczysta. Nie licząc innych pożyczek, spółdzielcy zaciągnęli kredyty w Banku Gospodarstwa Krajowego. Ponad 1,4 mln zł oraz 290 tys. w złocie.

Ale lokale cieszą. Są funkcjonalne i wygodne. Bez marmurów, za to z dużą ilością lastryka, z którego wykonane są nawet poręcze na schodach. Cztery jasne kafelki w rogach klatki schodowej wskazują miejsce na spluwaczkę. Mieszkania mają nowoczesne ogrzewanie etażowe, co znaczy, że w pokojach piece zostają zastąpione przez kaloryfery. Piec w kuchni dostarcza im ciepła. W kamienicy chodzą dwie windy: osobowa, z wnętrzem wyłożonym fornirem, i towarowa, która przewozi na górę węgiel do ogrzewania. Do dziś są w piwnicy szyny, po których sunął naładowany węglem wagonik.

Zachował się jeszcze regulamin współżycia. Każdy współwłaściciel domu obowiązany był zawiadomić administratora do trzech dni o wprowadzeniu się lokatora, „tudzież bezzwłocznie o wypadku choroby zakaźnej”. Mieszkańcom nie wolno przybijać szyldów, ogłoszeń, szafek wystawowych na zewnątrz domu, „zajmować się w mieszkaniu jakimkolwiek rzemiosłem”. Zabroniono rąbania drzewa i węgla w mieszkaniu, hałasowania na schodach, w podwórzu i sieni. Lekcje gry na fortepianie i śpiewu odbywać się mogły tylko w godzinach ustalonych przez zarząd. Zakazano trzymania innych zwierząt niż psy, koty czy kanarki. A także suszenia bielizny w oknach, na gankach i balkonach lub na podwórzu. „Ze względu na ogólne dobro porządku i zdrowotności wszelkie pranie i suszenie bielizny w mieszkaniu jest niewskazane za wyjątkiem tzw. przepierek. Prać należy w pralni, suszyć w suszarni” – głosiła instrukcja. Zalecała ona także, by kwiaty w skrzynkach dostosować do ogólnego planu zdobnictwa. „Każdy współwłaściciel względnie lokator obowiązany jest jak najdokładniej pouczyć swych domowników, w szczególności ordynansa względnie służącą, o sposobie używania windy i instalacji gazowej”. Za nieprzestrzeganie regulaminu groziła kara od 1 do 5 zł, która to suma zasilała fundusz remontowy. Raz do roku zarząd przeprowadzał inspekcję mieszkań, by sprawdzić ich stan. Zobowiązania płatnicze należało regulować do każdego piątego dnia miesiąca.

O życiu w nowym budynku mówiło się, że jest sielskie. Sklep kolonialny, prowadzony przez spółdzielnię Spólnota Skarbowców, mieścił się na parterze. W bramie gości witał stróż, dozorca miał własne mieszanie. Czasem spokój przerywały niecodzienne wydarzenia. Jak wtedy, gdy syn państwa Chmurskich, Antoniego, znanego konstytucjonalisty, adwokata i doktora prawa, oraz Stefanii, mały Witek, wetknął głowę między barierki na tarasie i nie mógł jej stamtąd wyciągnąć. Do pomocy trzeba było wezwać ślusarza.

Wstrząs przyszedł 2 kwietnia 1939 r. wieczorem. O 20.45, w godzinie śmierci marszałka Piłsudskiego, pułkownik Walery Sławek strzelił sobie w usta. Według relacji, jaką historyk Dariusz Baliszewski zdobył od Marka Wernera, wówczas 9-letniego chłopca mieszkającego z rodzicami przy Szucha 16, jego ojciec major Symeon Kazimierz Werner, szef wydziału w Ministerstwie Spraw Wojskowych, ok. godziny 21 był w łazience. Nagle złapał pistolet i wybiegł na klatkę schodową. Minęło pół godziny, gdy pod blok podjechała policja i karetka pogotowia. Sławek zmarł następnego dnia nad ranem w pobliskim Szpitalu Ujazdowskim. W mieszkaniu zostawił pożegnalny list: „Odbieram sobie życie. Nikogo proszę nie winić”.

Informował także, że spalił wszystkie prywatne papiery, także te, które otrzymał w zaufaniu. Te słowa stały się przyczyną spekulacji o nieudanym spisku przeciw Edwardowi Rydzowi-Śmigłemu, w którym Sławek miał jakoby uczestniczyć. Spisek miał zostać wykryty, a Sławka czekało aresztowanie, stąd desperacki krok. Przypuszczeń tych nigdy nie udało się jednak potwierdzić.

[srodtytul]Czas gestapo i Armii Czerwonej[/srodtytul]

Pierwszego września 1939 r. o 6 rano mieszkańców obudził dźwięk syren. W wykuszach okien wychylających się na al. Szucha obserwowali niebo. Schron był w piwnicy, jednak mało kto z niego wtedy korzystał. Ludzie czuli się jeszcze bezpiecznie.

Teodora Żukowska, mieszkanka domu, w autobiograficznej książce „Na skraju dwóch światów” opisuje scenę, gdy Niemcy wchodzili do kamienicy. „Na balkonie stała służąca sąsiadów, dziewczyna ze wsi, która została sama w mieszkaniu. Zerwała czerwony kwiat pelargonii i z zalotnym uśmiechem rzuciła go biegnącym na dole mężczyznom. Co ty robisz? – zawołałam. To są przecież Niemcy”.

W kilka dni potem granice między okupowanymi a okupantami już nikomu z mieszkańców domu się nie myliły. Niemcy zrobili staranny przegląd mieszkań. „Z dzikim impetem do przedpokoju wpadł młody Niemiec w mundurze z rewolwerem u boku. Szybko przebiegł całe mieszkanie, potem jak wryty zatrzymał się przed kolekcją szpicrut do jazdy konnej, które wisiały na ścianie w przedpokoju. Zerwał jedną z nich, wygiął w rękach, jakby dla próby, potem – uderzając nią po cholewach błyszczących butów (może widział podobną scenę w jakimś filmie) – stanął na rozkraczonych nogach przed nami” – pisze Żukowska. Wkrótce ze zbioru szpicrut została jedna. Tak przebiegały kolejne etapy „zdobywania domu” przez Niemców. Zaczęło się od dokwaterowania niemieckiego personelu, który urządzał po nocach pijatyki. Na klatkach schodowych poniewierały się puste butelki. Potem oficerowie okradali mieszkania, do przenoszenia sprzętów i mebli używając Żydów. Jeden z nich, słabszy fizycznie, został zastrzelony na klatce schodowej. W domu mówiło się, że zakopano go na podwórku koło śmietnika. Jednak nie było tam śladu świeżego grobu.

W dniu 11 listopada 1939 r. Niemcy wykwaterowali definitywnie wszystkich mieszkańców domu. Na zabranie rzeczy dali Polakom godzinę. Stefania Chmurska w tym czasie przebywała w domu z 1,5-rocznym dzieckiem. Choć była osobą praktyczną, która przeżyła w Moskwie rewolucję, tego wysiedlenia omal nie przypłaciła życiem. Niemiec chciał ją zastrzelić, bo się miotała, nie wiedząc, co ma ze sobą zabrać. Miała szczęście – do domu wrócił mąż Antoni, przed wojną adwokat w Wiedniu, który wybronił ją perfekcyjną niemczyzną.

Dom zajęli oficerowie gestapo. Aleja Szucha stała się Strasse der Polizei. 6 maja 1944 r. pod budynkiem rozegrała się tragiczna akcja – nieudany zamach na Waltera Stamma, szefa warszawskiego gestapo. Stamm mieszkał w al. Szucha 16 pod numerem 17. Pracował w budynku naprzeciwko. Żołnierze kompanii AK Pegaz mieli wedrzeć się do budynku i wykonać na nim wyrok w mieszkaniu. Nie przewidzieli, że w bramie zostaną wylegitymowani. W wyniku strzelaniny zginęło dziewięciu żołnierzy Pegaza.

To, w jakim stanie kamienica przetrwała wojnę, stało się potem przedmiotem sporów. Musiała zachować się nie najgorzej, skoro podobno pierwszymi lokatorami byli w niej wyżsi rangą oficerowie Armii Czerwonej. Przedwojenni właściciele – ci, którzy przeżyli i przebywali w kraju – i tak nie zostali wpuszczeni do budynku. – Babcia po powrocie z wysiedlenia wyjechała z moim nieletnim ojcem z Warszawy i zamieszkała w Lublinie. Pozostała część rodziny, ojciec i dwaj bracia, byli w tym czasie w armii polskiej na Zachodzie – opowiada Tomasz Werner, wnuk Symeona Kazimierza Wernera. Wernerowie na mieszkanie, którego nigdy już nie zobaczyli, mieli kredyt. Musieli spłacać go w BGK do 1958 r. Teodora Żukowska pisze, że kamienica z domu pułkowników stała się domem generałów. „Przez długie lata staraliśmy się bezskutecznie drogą sądową odzyskać mieszkanie lub co najmniej odszkodowanie”. W mieszkaniu Żukowskiej zamieszkał Jerzy Michałowski, ambasador PRL w Londynie i przedstawiciel przy ONZ wraz z żoną Mirą, dziennikarką. „Ojczym, gdy był już w podeszłym wieku, napisał do niego list, że to spółdzielcze mieszkanie było dorobkiem jego życia i czy nie zechciałby się z nim rozliczyć? Nawet nie raczył odpisać” – pisze Żukowska. Sprawy odzyskania mieszkań wziął na swoje barki adwokat Antoni Chmurski, który z rodziną mieszkał w podwarszawskim Józefowie. Bez rezultatu.

Kiedy wiele lat później, w latach 80., Stefan Kisielewski, wówczas już lokator kamienicy, wrócił z podróży do Londynu, z charakterystycznym sarkazmem obwieścił rodzinie: „Już wiem, komu trzeba będzie oddać mieszkanko!”. I streścił rozmowę, którą odbył z jedną z pań z kręgu emigracji. Gdzie pan mieszka? – zapytała. Na Szucha – odpowiedział. – A pod którym numerem? Pod 16. Na którym piętrze? Na piątym. A może wchodzi się tam przez długi korytarz, a kuchnia jest po prawej stronie? Tak! – Bo ja się tam wychowałam. To była córka przedwojennego marszałka Senatu Bogusława Miedzińskiego.

[srodtytul]Całkiem inni oficerowie[/srodtytul]

Ale po 1945 r. władza ludowa nie przejmowała się sprawami własności. Najpierw kamienicę przy Szucha 16 zasiedlili ówcześni dygnitarze, uznając ją za dobry adres. – Tam, gdzie teraz jest transformatorownia, była budka UB, gdzie każdy był legitymowany i pytany do kogo idzie – opowiada Andrzej Bieńkowski, artysta plastyk, profesor ASP, syn Władysława Bieńkowskiego, jednego z ideologów i organizatorów PPR. Bieńkowski, syn chłopa wychowywany na Kujawach, który – pasąc krowy – sam wykształcił się na tyle, by dostać się do dobrego liceum i skończyć polonistykę, w latach 1946 – 1947 był kierownikiem propagandy w KC PZPR.

Na chwilę na Szucha 16 wprowadził się sam towarzysz „Wiesław”, czyli Władysław Gomułka. Wtedy na dole stacjonowała non stop jego ochrona. Według relacji mieszkał tu także, choć krótko, Stanisław Mikołajczyk. W domu zamieszkał także Stefan Staszewski – I sekretarz komitetu warszawskiego, potem – skłócony z Gomułką – kontestował ustrój. Inny lokator generał Zygmunt Berling jawił się, zwłaszcza dzieciom, jako postać straszna. Mężczyzna postawny, wieloletni prezes Polskiego Związku Myśliwskiego, mimo zaawansowanego wieku jeździł na polowania. A w myśliwskiej kurtce i czapie wyglądał groźnie. Na trzecim piętrze mieszkanie zajmował Oskar Lange, ekonomista, przed wojną działacz PPS, po wojnie członek Komitetu Centralnego PZPR, który dla sąsiadów był niewysokim panem o sympatycznej twarzy, utykającym i pomagającym sobie w chodzeniu laską. Mieszkanie na pierwszym piętrze zajął Feliks Widy-Wirski, działacz przedwojennego PSL, potem ZSL. I to stąd w okresie tępienia prawicowych odchyleń zabierano go na przesłuchania.

Mieszkał tu także Józef Ozga-Michalski – literat, który przed wojną działał w wiejskich organizacjach młodzieżowych, a w 1944 r. zaczynał karierę jako sekretarz Wojewódzkiej Rady Narodowej w Kielcach. Wsławił się tym, że przez 45 lat nieprzerwanie sprawował mandat poselski, a na początku lat 50. był nawet wicemarszałkiem Sejmu. W okresie jego stabilnie rozwijającej się kariery z mieszkania, które zajmował na parterze, wymurowano schody do pasa ziemi niczyjej, czyli zadrzewionego trawnika, do którego nie ma wejścia. Rodzina Ozga-Michalskich uzyskała w ten sposób dostęp do intymnych tajemnic sąsiadów, bo do dziś czasem na „pas ziemi niczyjej” sfrunie z tarasów susząca się bielizna i nie ma innego sposobu, by ją zabrać, jak prosić o pomoc sąsiadów.

Do 1956 r.wstęp do domu był bardzo ograniczony ze względu na mieszkające tu grube ryby. Stąd wzięła się nazwa Akwarium. Posesją administrowali urzędnicy z Urzędu Rady Ministrów, stróżówkę zastąpiła portiernia, w której legitymowano odwiedzających. Po tamtym okresie do lat 60. zostały jeszcze druciane zasieki dookoła budynku na poziomie pierwszego piętra i dwa reflektory.

Od lat 60. działaczy partyjnych i dostojników rządowych – którzy dostawali własne wille lub mieszkania o wyższym standardzie w alei Róż i alei Przyjaciół – w domu przy Szucha zaczęli zastępować ludzie kultury: Adam Hanuszkiewicz, Jan Krenz, córka Jarosława Iwaszkiewicza. Stefan Kisielewski z rodziną wprowadził się tu w 1961 r. W zamian za to mieszkanie zostawił w Krakowie dwa inne, ale i tak znajomi patrzyli na nich podejrzliwie. O przeprowadzce zadecydował fakt, że w lokalu na Szucha mogły się zmieścić dwa fortepiany, Stefana Kisielewskiego, który komponował, i jego syna Wacława, który zapowiadał się na utalentowanego pianistę.

Lokal na piątym piętrze był właśnie po remoncie. Jak się domyślali – zainstalowano przy tej okazji urządzenia podsłuchowe. Po latach, gdy Władysław Bartoszewski, przyjaciel rodziny, dostał w IPN swoje teczki, skwitował: „te rozmowy, któreśmy prowadzili ze Stefanem, były całkiem interesujące”. Kisielewscy mieszkanie pod adresem Szucha 16 uznawali za coś wstydliwego. Gdy się spieszyli, zamawiali taksówkę na Szucha róg Litewskiej. – Mój brat Wacek powiedział w taksówce: na Szucha 16, poproszę. Taksówkarz na niego popatrzył, a on mówi: no wie pan, wstydzę się, że tam mieszkam, ale co mam zrobić? Taksówkarz odpowiedział rezolutnie: Jak was będziemy sądzić, to panu to policzymy – opowiada Jerzy Kisielewski. Większość mieszkańców była notablami. To był dom utożsamiany z komunistyczną wierchuszką.

Takie sąsiedztwo miało pewne niedogodności – na przykład dla lokatorów odbywających służbę wojskową. Bo gdy na przepustce młodzież, spiesząc się do domu, rozdziewała po drodze pas i rozpinała mundur, zdarzało jej się na schodach spotkać któregoś z sąsiadów – generałów lub jego wojskowych gości. Sklep na parterze, w lokalu przejętym po Spólnocie Skarbowców, nadal działał i był jednym z najlepiej zaopatrzonych na Śródmieściu. Miał ksywę „U Lesza”, na Szucha 16 mieszkał bowiem ówczesny minister handlu wewnętrznego Mieczysław Lesz.

[srodtytul]Życie towarzyskie i uczuciowe[/srodtytul]

Osobną sprawą było w domu przy Szucha życie sąsiedzkie psów. Widy-Wirscy mieli pekińczyka, buldoga francuskiego i boksera. Pekińczyk pozostał we wdzięcznej pamięci mieszkańców: namiętnie kąsał po łydkach. Kisielewscy wprowadzili się z jamniczką, której nienawidziła sąsiadka z dołu – jamniczka państwa Staszewskich. Do bliskiego spotkania doszło, gdy Kisielewscy remontowali mieszkanie i robotnicy zostawili uchylone drzwi. – Nasza suczka smacznie spała w swoim koszyku, gdy tamta wpadła i ugryzła ją w tyłek. Wtedy na własne oczy zobaczyłem, co to znaczy wyglądać jak zbity pies – opowiada Jerzy Kisielewski.

Dziś trudno to sobie wyobrazić, ale w latach 60. na miejscu dzisiejszego placu Na Rozdrożu i biegnącej pod nim Trasy Łazienkowskiej był psi park. Po wieczornym filmie na jego dróżki wylegali właściciele psów, ludzie z różnych środowisk. W pobliskich Alejach Ujazdowskich przechadzał się Antoni Słonimski, który mieszkał nieopodal, w alei Róż, i Mieczysław Moczar, za którym jak cień podążał ochroniarz.

Stefan Kisielewski ze spacerów w psim parku wynosił ciekawe znajomości. Raz wrócił do domu z pytaniem, gdzie jest ostatni numer„Kultury”? Mam nowego przyjaciela i muszę mu pożyczyć – wyjaśnił. „Przyjacielem” okazał się Ryszard Dobieszak, generał Milicji Obywatelskiej, wtedy już na emeryturze.

Dla dzieci miejscem integracji było podwórko. A było na co popatrzeć. W klatce przy śmietniku mieszkał profesor Leopold Infeld senior, fizyk, autor prac z ogólnej teorii względności. Jego syn Eryk, absolwent Uniwersytetu w Cambridge, kierujący pracownią fizyki plazmy w Instytucie Badań Jądrowych, zwykł jeździć konno. Do samochodu, którym jeździł na jazdy, wsiadał więc w nienagannych bryczesach kremowych, czarnych butach, ze szpicrutą.

W garażach na podwórku dostojnicy rządowi parkowali swoje samochody, chłopięcy obiekt pożądania. Minister kolejnictwa jeździł czarną cytryną, a na dwóch burtach asystowała mu ochrona, mężczyźni w skórzanych płaszczach. To robiło wrażenie.

Morris oxford, duże angielskie auto, należało do Stanisława Walczaka, ministra sprawiedliwości w rządzie Cyrankiewicza. Walczak miał także przepiękną żonę wschodniej urody, prawdopodobnie Hinduskę.

O podwórko, które w latach 50. było jeszcze znakomitym do zabawy w wojnę kawałkiem dzikiej przyrody, stoczył bitwę Andrzej Bieńkowski. – Przyjechała ekipa, wycięła drzewa i rozkopała plac. Zostawiła wapno i cegły. Wtedy ja oraz kilku kolegów żeśmy je rozrzucili na znak protestu. I zaczęła się awantura. Ponieważ to były garaże Urzędu Rady Ministrów, to urząd podał nas – grupę smarkaczy w czwartej czy piątej klasie – do sądu o niszczenie dobra państwowego. Groził nam poprawczak. Ledwo nas adwokat wybronił – opowiada.

W miarę upływu czasu wszyscy się ze sobą oswajali. Młodzież organizowała międzyklatkowe prywatki. Nawiązywały się romanse – aż po ślub, kiedy to Basia Stasiak, córka działacza ZSL, wyszła za Antka Moskwę, syna działacza SD. Dużo zamieszania robił Wacek Kisielewski, za którym dziewczyny szalały.

Ważną cezurą stał się marzec 1968 r. Wyjechała rodzina prof. Ramera, żona i trzech synów, jeden z kasztanowymi włosami do pasa. Wyjechała część rodziny Baumritterów, napiętnowanych jako członkowie grupy encyklopedystów. A Kisielewskiemu – po tym, jak w Związku Literatów Polskich powiedział o „dyktaturze ciemniaków”, co personalnie odniósł do siebie Gomułka – wiele osób w domu przestało się na wszelki wypadek kłaniać. Nie lepiej czuł się wtedy Władysław Bieńkowski, który po opublikowaniu „Motorów i hamulców socjalizmu” dostał zapis cenzury na wiele lat. – Zaledwie kilku ludzi nie przechodziło na jego widok na drugą stronę ulicy. Jak w czasach stalinowskich wspierali nas Gałczyńscy, tak w 1968 r. Witold Lutosławski. Pod koniec życia bywał u nas Miron Białoszewski – wspomina Andrzej Bieńkowski.

Ale już stan wojenny nie był tutaj szczególnie traumatyczny. Nie było internowań. A wspomnienia związane z grudniową nocą raczej humorystyczne. Mieszkał tu generał Leszek Krzemień, słynny ideolog marksistowski. Jego córka Wika, filozofka, była związana z KOR. I to ona w domu ojca przechowywała bibułę i wydawnictwa bezdebitowe. Gdy ogłoszono stan wojenny, poprosiła sąsiada Andrzeja Bieńkowskiego o pomoc w przetransportowaniu ich w inne miejsce. – Z tyłu leżała fura książek przykrytych kocem. I traf chciał, tuż koło domu zatrzymał nas patrol milicyjno-wojskowy. Wika, piękna dziewczyna, rozpięła kożuch, wyeksponowała lekko wdzięki i pojechaliśmy – opowiada Andrzej Bieńkowski.

[srodtytul]Nowe zakorzenienie[/srodtytul]

Po upadku komunizmu spadkobiercy przedwojennych właścicieli próbowali odzyskać mieszkania. Udało się w trzech przypadkach, ale szczęśliwcy sprzedali je lub wynajmują. Inni wciąż walczą o uzyskanie choć odszkodowania. Dziś ci bardziej zakorzenieni mieszkańcy z mieszanką lęku i zaciekawienia patrzą, jak na Szucha 16 wprowadzają się nowi lokatorzy, tacy jak Monika Jaruzelska.

Najtrudniej pogodzić się z tym, że mieszkania tu wykupują firmy. Krajobraz szpecą stojące na podwórku niszczejące garaże, z których mieszkańcom budynku zabroniło korzystać znajdujące się po sąsiedzku Centralne Biuro Antykorupcyjne – w obawie przed podsłuchami. Sklep spożywczy dawnej Spólnoty Skarbowców, który czasy komuny zniósł dzielnie, w kapitalizmie upadł. Właściciele nie byli w stanie dostosować się do nowych standardów.

Wśród mieszkańców pozostał sentyment do miejsca, widoku z okna na monumentalne gmachy i dęby rosnące szpalerem w alei Szucha. Ale też pewne poczucie tymczasowości. Pedantyczny prof. Ramer, dżentelmen starej daty, po wyjeździe rodziny zwykł był w skrzypiących butach na skórze spacerować po podwórku . Na ręku miał laskę i parasol. Ot tak – by być przygotowanym na każdą sytuację.