Ale myślę, że zainteresowanie Dalajlamą wynikało też z innego powodu: dla wielu Polaków była to szansa, by zetknąć się z buddyzmem, z inną niż chrześcijańska duchowością. A jak twierdzą niektórzy, właśnie buddyzm może być odpowiedzią na pytania i wątpliwości, które coraz częściej dręczą ludzi Zachodu.
To częsty punkt widzenia. Jasno sformułował go choćby Adam Szostkiewicz, który w ostatniej „Polityce” napisał, że „Budda i Jezus stworzyli ruchy, które mogłyby być duchowym filarem XXI wieku, gdyby dostrzegły, jak wiele je łączy”. Zgodnie z tym rozumieniem wielość religii nie jest skutkiem błędu czy braku poznania, różne religie są równoważnymi, w pełni wartościowymi drogami pozwalającymi człowiekowi obcować z tym, co najważniejsze. Dlatego, pisze Szostkiewicz, „jeśli spojrzeć na nich (Jezusa i Buddę) obu okiem współczesnym, bez uprzedzeń, wydają się niemal duchowymi braćmi, a ich przesłania dopełniają się jak skrzydła jednego okna na świat ludzkich wartości”. Pominę nieco wątpliwą metaforę, faktem jest wszakże, że to pełne nadziei spojrzenie ku buddyzmowi nie jest niczym nowym. Kilkanaście lat temu Czesław Miłosz również uznał dialog chrześcijańsko-buddyjski za jeden z głównych znaków obecnych czasów. „ (...) to właśnie, że w buddyzmie nie istnieje pojęcie Boga osobowego, wydaje mi się najbardziej atrakcyjne” – mówił polski poeta. Według niego rezygnacja z osobowego Boga pozwala buddyzmowi znacznie lepiej trafić do świadomości współczesnego człowieka, w tak dużym stopniu poddanej światopoglądowi naukowemu.