Trudno dziś robić karierę w show-biznesie bez promocji w kolorowych pismach, chodzenia po czerwonych dywanach, pokazywania się w modnych klubach. Ta sama żona od 35 lat? Trzy dorosłe córki, które nie prowadzą po pijanemu samochodu i nie romansują z kolegami ojca? Nuda. Jeff Bridges musi się bronić swoimi rolami. A jakoś tak jest, że przez lata był wykonawcą cenionym, ale nie rozpieszczanym nagrodami.

– Spieprzacie mi wizerunek niedocenianego aktora – zażartował, odbierając Złoty Glob za rolę w „Szalonym sercu”. Miesiąc później dostał swojego pierwszego Oscara. Był przedtem do tej nagrody nominowany czterokrotnie i zawsze wychodził z ceremonii bez statuetki. Jak mówi, przyzwyczaił się do przegrywania. Skromny film debiutanta Scotta Coopera niespodziewanie wszystko zmienił.

[srodtytul]Szkoda go do wypożyczalni[/srodtytul]

A pomyśleć, że gdy zaproponowano mu rolę w „Szalonym sercu” – odmówił.

– Ja się nie palę do gry – mówi. – Generalnie staram się odrzucać scenariusze. Każdy film to wiele miesięcy spędzonych poza domem. Czasem, jak kończę zdjęcia, mówię sobie: „Nie chcę już tego robić nigdy więcej. Nie chcę mieszkać w hotelach. Nie chcę udawać. Chcę być sobą”. Ale po jakimś czasie zaczynam tęsknić za filmowym planem. Scenariusz „Szalonego serca” nawet mi się spodobał. Po stronie plusów było i to, że mógłbym się spotkać z Robertem Duvallem. Scott Cooper, choć debiutował jako reżyser, wydawał mi się interesujący. Ale znalazłem sobie pretekst do odmowy: brakowało mi dobrych piosenek. 20 lat temu zagrałem w muzycznym filmie „Wspaniali bracia Baker” i ustawiłem sobie poprzeczkę bardzo wysoko.

Jednak po roku tę rolę przyjął. Głównie dlatego, że muzykę zgodzili się napisać jego przyjaciele T-Bone Burnett i Stephen Bruton. Bridges, zapalony gitarzysta, uznał, że może być zabawnie.

[wyimek]Długo przed „American Beauty” przypominał, że w Stanach są też ludzie sfrustrowani, na co dzień niedający sobie rady z życiem[/wyimek]

– Już niemal zapomniałem o tym filmie, gdy wpadłem na starego kumpla T-Bone’a. Zgadaliśmy się o „Szalonym sercu”. „Jak ty w to wejdziesz, to ja też się zgodzę” – powiedział Burnett. „Jak ty to zrobisz, to ja też” – odpowiedziałem.

W filmie nakręconym na podstawie powieści Thomasa Cobba Jeff Bridges gra podstarzałego piosenkarza country, który dni sławy ma dawno za sobą. Przypomina trochę bohatera „Zapaśnika” Aronofsky’ego. Żałosny, nieodpowiedzialny facet przygłuszający alkoholem ból rzeczywistości. Upadły gwiazdor żyjący w świecie iluzji. Upokarzany przez los zmuszający go do grania dla facetów słaniających się nad kuflami z piwem, albo – co najwyżej – do tworzenia backgroundu dla chłystków, których kiedyś uczył. Ale przychodzi moment, gdy Bad Blake zaczyna wierzyć, że może jeszcze zmienić siebie i swoje życie.

„Szalone serce” nie jest obrazem najwyższej klasy. Naiwne, schematyczne, tak naprawdę nie było kręcone z myślą o wielkich ekranach i jeszcze większych sukcesach. Mimo dobrej obsady miało od razu trafić na płyty DVD. Swój żywot kinowy zawdzięcza podobno właśnie Bridgesowi: producenci uznali, że jego kreacji nie wolno zamknąć w wypożyczalniach wideo.

[srodtytul]Serialowy ojciec[/srodtytul]

Odbierając Oscara w Kodak Theatre, Jeff Bridges przez wszystkie przypadki odmieniał słowa: „mama”, „tata”: – Dziękuję mamie i tacie. Dzięki wam wybrałem ten zawód. Mama i tata kochali show-biznes. Pamiętam, jak z mamą jako dzieci odgrywaliśmy przedstawienia na jej przyjęciach. A tata sadzał mnie na łóżku i uczył podstaw aktorstwa, gdy miałem wystąpić w „Sea Hunt”. Ten Oscar należy się w równej mierze im, jak mnie.

Bridges jest dzieckiem Hollywoodu. Jego ojca Lloyda Bridgesa starsi widzowie pamiętają zapewne jako zastępcę szeryfa z filmu Freda Zinnemanna „W samo południe”, młodszych jeszcze niedawno rozśmieszał w komediach braci Zukerów i Jima Abrahamsa. Matka Dorothy Dean też grywała. Oboje byli zakochani w swoim zawodzie i bardzo wcześnie wprowadzali do niego dzieci. Jeff zadebiutował na ekranie jako niemowlę. W „The Company She Keeps” brała go na ręce przyjaciółka jego matki – Jane Greer.

Na przełomie lat 50. i 60. Lloyd, wówczas u szczytu sławy, występował w cyklu „Sea Hunt”, gdzie wcielał się w postać badacza morskich głębin. Serial bił rekordy powodzenia i producent Ivan Tors ciągle zamawiał scenariusze nowych części. Ostatecznie powstało 156 odcinków. Tam odbył się drugi, bardziej świadomy debiut aktorski Jeffa. Już ośmiolatka.

– Kiedyś ojciec przyszedł i niby od niechcenia rzucił: „Mamy rolę dla małego chłopca. Wiesz, mógłbyś się zabawić, a potem za pieniądze, które dostaniesz, nakupować sobie zabawek. Jakich tylko zechcesz” – wspomina aktor.

Jeff i jego starszy o osiem lat brat Beau dość regularnie towarzyszyli ojcu, występując w jego telewizyjnych programach. W burzliwym okresie dojrzewania jako szesnastolatek uciekł z domu. Na Florydzie wstąpił do straży wybrzeża, ale takie życie nie spodobało mu się. Pojechał do Nowego Jorku i w 1969 roku wystąpił w filmie „Touch and Go” zaprzyjaźnionego z rodziną aktora Burgessa Mereditha. Klęska tego tytułu przyniosła otrzeźwienie. Jeff postanowił skończyć rzetelne kursy aktorskie.

Z ojcem, już jako dojrzały aktor, spotkał się na planie dwukrotnie – w filmach „Tucker: konstruktor marzeń” i „Eksplozja”.

– Dał mi wtedy następne lekcje, bo dopiero będąc dorosłym człowiekiem, zrozumiałem, jak strasznie kochał kino. Oddychał nim jak powietrzem, a jego nastrój i entuzjazm wszystkim się udzielały.

Ale z kariery Lloyda Bridgesa wyciągnął też i praktyczne wnioski:

– Zrozumiałem, że nie wolno pozwolić, by publiczność kojarzyła cię z jedną rolą. Ojciec zyskał tak dużą popularność dzięki serialowi „Sea Hunt”, że potem dostawał głównie scenariusze, w których miałby grać nurków i badaczy głębin. A przecież on był bardzo wszechstronnym aktorem. Występował na Broadwayu, nawet w repertuarze szekspirowskim. Postanowiłem, że nie dam się zaszufladkować. Lubię się wcielać w różne postaci i unikam seriali.

[srodtytul]Wcielenie frustrata[/srodtytul]

Dziś, po 40 latach kariery i 65 filmach, Jeff Bridges mógłby westchnąć jak Bad Blake, bohater „Szalonego serca”: „Kiedyś byłem kimś, dzisiaj jestem kimś innym”. Nie cieszył się popularnością taką jak Brad Pitt, a jego filmy nie stawały się na ogół wielkimi hitami kasowymi. Ale utrzymuje się na rynku od kilku dziesięcioleci. I rzeczywiście nie daje się przypisać kinu jednego typu – gra w dramatach, komediach, thrillerach, westernach. Nominacje do Oscara też dostawał za role bardzo odmienne: chłopaka z małego teksaskiego miasteczka („Ostatni seans filmowy”), złodziejaszka („Piorun i Lekka Stopa”), kosmity („Gwiezdny przybysz”), prezydenta Stanów Zjednoczonych („Ukryta prawda”) i wreszcie starzejącego się muzyka country w „Szalonym sercu”.

Grywał w filmach skromnych i superprodukcjach. Te ostatnie przynosiły mu mnóstwo pieniędzy, ale również pozwalały zabawić się, jak zalecała matka. – Do dzisiaj śmieję się, gdy wspominam te wielkie dłonie King Konga poruszane przez włoskich chłopaków – wspomina aktor. – W każdym palcu tkwił jeden, a reżyser John Guillerman nie mógł się z nimi porozumieć. Kiedy Jessica Lang siedziała na dłoni małpy, omal jej nie zadusili. Komicznie wyglądały też moje przygotowania do roli w „Gwiezdnym przybyszu”. Musiałem oswoić się z grą nago, więc łaziłem bez ubrania, nagrywając się na kamerze wideo. Trzeba by zobaczyć minę mojej żony, kiedy weszła nagle do pokoju.

Ale w swoich najważniejszych rolach tworzył portret Amerykanina. I to nie self-made mana, człowieka sukcesu. Długo przed „American Beauty” przypominał, że w Stanach są też ludzie sfrustrowani, na co dzień niedający sobie rady z życiem. „Jeff Bridges stał się naszą ikoną. Zagrał wyjątkowe postacie w obrazach, które zgłębiały amerykański narodowy charakter. Pomagał nam przebijać się przez iluzje świata, (...) dostarczał emocjonalnego paliwa, które pozwalało podjąć wyzwanie następnego dnia” – pisał o nim Patrick Goldstein w „Los Angeles Times”. Brzmi to górnolotnie i patetycznie, ale Bridges rzeczywiście stworzył na ekranie kilka postaci, które kiedyś może staną się przedmiotem analizy socjologów piszących rozprawy o Ameryce drugiej połowy XX wieku.

Zaczęło się wcześnie, w jednym z jego pierwszych filmów. W „Ostatnim seansie filmowym” (1971 r.) Peter Bogdanovich opowiedział o grupie młodych ludzi, którzy w małym teksaskim miasteczku, w latach 50., tuż przed wojną z Koreą, są świadkami upadania starego świata i dawnych wartości. Szukają swojego miejsca w tym nowym, który nieuchronnie nadchodzi. Grany przez Bridgesa Duane Jackson zaciąga się do wojska. Ostatniego wieczoru przed wyruszeniem na wojnę idzie jeszcze raz do upadającego kina. Następnego dnia, już w mundurze, żegna się z kumplem słowami „Do zobaczenia za rok lub dwa, jeśli mnie nie zastrzelą”.

Wrócił do miasteczka i na ekran. W „Texasville” (1991) Bogdanovich znów odwiedził Anarene, w którym Duane mieszka z żoną alkoholiczką i stale sprawiającymi kłopoty dziećmi. On sam ma czterdziestkę, jest właścicielem firmy naftowej, podupadającej w czasach kryzysu. Latem 1984 r. do miasta w pobliżu Wichita Falls przyjeżdża dawna miłość Duane’a, dziś średniej klasy aktorka, przetrącona przez życie. Bogdanovich pokazuje kolejny raz upadek amerykańskich snów w zderzeniu z rzeczywistością.

– Tak naprawdę bardzo chciałbym zajrzeć do Anarene raz jeszcze i zobaczyć, co dzieje się u Douane’a dzisiaj – przyznaje aktor.

[srodtytul]Bez przemęczenia[/srodtytul]

Interesującą rolę stworzył też Bridges w „Bez lęku”. Bo nie jest łatwo zagrać człowieka wypalonego. Film zaczyna się od obrazu samolotowej katastrofy. Człowiek idzie przez pole kukurydzy, na ręku niosąc niemowlę, drugie dziecko prowadząc za rękę. Ktoś krzyczy, że jest bohaterem, uratował dziecko z katastrofy. A on ma pustkę w oczach.

Ocalał. Powinien być szczęśliwy, wrócić do żony i dzieci. Żyć łapczywie, bo dostał drugą szansę. Ale film nakręcił Peter Weir, mistyk i wizjoner kina, więc nic nie może być takie proste. Weir kazał swemu bohaterowi miotać się w życiu jak w pułapce. I Bridges sportretował człowieka, któremu na życiu już nie zależy, który zrozumiał jego kruchość i przestał się czegokolwiek bać. Stał się obojętny na świat i wszystko wokół. Ale przecież na jego drodze pojawi się ktoś, kto będzie potrzebował jego pomocy.

We „Wspaniałych Baker Boys”, gdzie wystąpił obok Michelle Pfeiffer, zagrał muzyka, który razem z bratem występuje od lat w knajpach. Gdy zaczyna im gorzej iść, dokooptowują do składu zespołu wokalistkę. Kobietę, która stanie pomiędzy nimi. Znów Ameryka z podłych knajpek, stracone złudzenia, rozpad więzów.

I inny bohater Bridgesa. Może jeden z najważniejszych, jakich stworzył. Z filmu braci Coen „Big Lebowski”. Postać – według dzisiejszych standardów – mizerna. Ekscentryk z przedmieścia Los Angeles, dawny hipis, który nie przyjął do wiadomości, że czasy się zmieniły. Chodzi brudny i obszarpany, słucha z kasety śpiewu wielorybów i tylko czasem rusza się z domu, żeby zagrać w kręgle z przyjaciółmi, weteranami wojny wietnamskiej. Ale jemu takie życie odpowiada. Nie potrzebuje niczego więcej. Nazywają go luzakiem (Dude) i w tym przezwisku zamknięta jest cała jego filozofia. Bo Lebowski jest przedstawicielem pokolenia buntowników, złamanych przez zmieniający się czas i wojenną, wietnamską traumę.

– Grając różne postaci, każdej daję coś z siebie – mówi Bridges. – Ale Lebowski to cały ja. Kocham ten film. Zresztą na przykład większość ciuchów, w których grałem, pochodziło z mojej własnej szafy.

W pędzącej do sukcesu Ameryce Lebowski proponował luz. Pokazywał, że daje się żyć bez wielkich ambicji i bez wielkiego wysiłku. Umówić się czasem z kumplami albo pić wódkę z mlekiem, leżąc na kanapie. Kilka lat po premierze, w Louisville w stanie Kentucky odbył się pierwszy Lebowski Fest. Potem podobne imprezy zaczęły się mnożyć jak grzyby po deszczu. Dotarły też do wielkich metropolii – Nowego Jorku, Bostonu. O Lebowskim zaczęły powstawać książki i dysertacje naukowe.

A Bridges poszedł dalej. W pierwszym dziesięcioleciu XXI wieku nie przemęczał się. Grał w jednym, dwóch filmach rocznie, czasem robiąc sobie wielomiesięczne przerwy. Najciekawszą rolę stworzył chyba w „Drzwiach w podłodze”, wcielając się w nowojorskiego autora książek dla dzieci, który musi odbudować swoje życie i relacje z żoną po rodzinnej tragedii – stracie dwóch synów.

Życie Bridgesa przyspieszyło niedawno. Ostatni rok, poza „Szalonym sercem” przyniósł mu trzy inne obrazy, m.in. wchodzącego 7 maja na polskie ekrany „Człowieka, który gapił się na kozy”, gdzie aktor gra założyciela specjalnego oddziału wojskowego złożonego z żołnierzy o paranormalnych właściwościach. Pod koniec roku ma się odbyć premiera kontynuacji hitu z lat 80. — „Tron”, a Bridges kręci już następny film z Coenami „The Grit”.

[srodtytul]Jedna zamiast wszystkich[/srodtytul]

Oprócz aktorstwa Jeff Bridges ma inne pasje. Jego rysunki pojawiły się w kilku filmach, m.in. „K-PAX” i w „Drzwiach w podłodze”. Także jego strona internetowa jest może trudna w użytkowaniu, ale bardzo oryginalna, bo cała rysowana i pisana ręcznym pismem właściciela. Inna pasja to gra na gitarze. Bridges, podobnie jak Bruce Willis i kilku innych hollywoodzkich gwiazdorów, występuje czasem dla przyjemności na scenie albo gra z przyjaciółmi w klubach. W 2000 roku wydał album „Be Here Soon”. W wolnych chwilach aktor uwielbia surfować. Pójść na spacer, zjeść dobrą kolację z żoną.

– Nie chciałbym stracić swojej prywatności, być na widoku wszystkich jak Jolie i Pitt – mówi.

I chyba nie ma w tym stwierdzeniu kokieterii. Bridges to zaprzeczenie hollywoodzkiej gwiazdy. Nie bywa w modnych klubach, nie pije, nawet palenie trawki rzucił po „Big Lebowskim”. Na co dzień jest przykładnym mężem i ojcem. Odbierając Oscara, dziękował ze sceny swojej żonie Susan Gerston, z którą jest od 33 lat. Poznali się w 1975 roku. Pracowała na farmie, na której kręcono zdjęcia do „Rancho Deluxe”. Była studentką i dorabiała jako kelnerka. Trzy lata później byli małżeństwem.

– To była miłość od pierwszego wejrzenia. Zobaczyłem ją i stało się. Zaprosiłem ją na randkę. „Przyjechałeś z Hollywood i myślisz, że możesz mieć wszystkie miejscowe dziewczyny” – powiedziała. I odmówiła. Ale łaziłem za nią tak długo, aż się zgodziła. Byłem szaleńczo zakochany, zamieszkaliśmy razem w Malibu. Ale ja ciężko podejmuję decyzje, więc długo się nie oświadczałem. Kiedy to wreszcie zrobiłem, kamień spadł mi z serca. To najlepsze, co mogło mi się w życiu przytrafić. W czasie pierwszej randki ktoś zrobił nam zdjęcie. Noszę je zawsze przy sobie w portfelu jak relikwię.

Susan nigdy nie należała do tych żon, które jeżdżą za mężami na plan każdego filmu. – Nie lubi tego – przyznaje Bridges. – Poza tym grając, jestem potwornie skupiony i nie chcę, żeby ktoś mi przeszkadzał. Ale nie zaszedłbym tu, gdzie jestem, gdyby nie było jej przy mnie.

Mają trzy córki, już dziś dorosłe. – Pamiętałem, jak sam trafiłem przed kamerę, więc ja nie chciałem swoich dzieci w żaden sposób ukierunkowywać czy namawiać na zawody związane z show-biznesem. To ich wybór, ich życie. No i żadna z moich córek nie została aktorką. Czasem myślę: „Cholera, szkoda, takie fajne życie!”.