By pozostać w głównym nurcie, by nie narażać się na powszechne potępienie – powszechne, czyli dokonywane przez media – politycy, duchowni czy wreszcie pisarze i intelektualiści muszą publicznie składać hołd dominującym dogmatom.
Przeczytałem w „Rzeczpospolitej" informację o tym, jak to nowy arcybiskup Berlina w pierwszym wystąpieniu musiał udowadniać, że szanuje gejów, że nie zamierza ich krytykować, że Kościół ich toleruje, docenia, kocha i uznaje. Wił się biedak, pocił, tłumaczył, odcinał i wyjaśniał, byle tylko zmyć z siebie haniebną łatkę konserwatysty, który na domiar złego skończył studia na uniwersytecie Opus Dei w Rzymie. Nie on jeden. Inni też ogłaszają, że spadły im łuski z oczu, że przejrzeli, że teraz się poprawią, że nie okazali wystarczającej wrażliwości. Etc., etc.