Internet to symbol wolności. Wielu młodych ludzi wyraźnie oddziela świat wirtualny od realnego i uważa, że w tym pierwszym wszyscy powinni mieć prawo obejrzeć film czy posłuchać muzyki. Czy żeby chronić koncerny filmowe i fonograficzne, naprawdę trzeba niszczyć ideę Internetu?
Aby chronić prawa twórców, nie musimy niszczyć całego Internetu. Ale idea darmowych treści jest tak samo nierealna jak darmowa opieka medyczna, jedzenie czy paliwo do samochodów. Świat po prostu nie może tak funkcjonować. Jeśli ludzie nie będą płacić za treści, z których korzystają, to w pewnym momencie nikt nie będzie ich już więcej produkował, bo tworzenie filmów czy nagrywanie albumów zwyczajnie przestanie się opłacać.
A jednak gdy idziemy to biblioteki, to za wypożyczenie książki czy filmu nie musimy płacić. Jeśli więc spojrzymy na Internet jak na wielką cyberbibliotekę, to tu też nie powinno być opłat.
To twierdzenie jest z gruntu fałszywe, ponieważ biblioteki nie są wcale darmowe. Oczywiście, jako ich użytkownicy nie płacimy za wypożyczanie książek, ale przecież są one utrzymywane z naszych podatków. Płacimy więc za te książki czy filmy, tyle że w innej formie.
Tysiące internautów protestują jednak przeciwko ustawom typu ACTA, SOPA (Stop Online Piracy Act) czy PIPA (Protect IP Act). Również wielu ekspertów ostrzega, że przyjęcie tych zapisów może naruszać prawo do wolności słowa i doprowadzić do cenzury. Czy przypadkiem ustawodawcy nie idą za daleko w chronieniu praw własności intelektualnej?
I tak, i nie. Twórcy dwóch ustaw, o których głośno było w Stanach Zjednoczonych – SOPA i PIPA – rzeczywiście posunęli się za daleko. Chociaż w zamyśle miały ukrócić piractwo internetowe, to jednak zamiast uderzyć w samych piratów – ponieważ działają oni głównie za granicą i poza amerykańską jurysdykcją – nowe prawo uderzyłoby w takie firmy jak Google, Yahoo czy Verizon (jeden z największych dostawców usług telekomunikacyjnych w USA – red.). W przypadku ACTA obawy krytyków idą chyba za daleko. To bowiem po prostu międzynarodowe porozumienie, które potwierdza obowiązek przestrzegania praw autorskich na całym świecie i ułatwia jego egzekwowanie. Uznanie, że ochrona własności intelektualnej jest tak samo ważna jak ochrona każdej innej formy własności, jest w dzisiejszym świecie niezwykle istotne. Bez niego wartościowi dziennikarze stracą pracę, a świat twórców i ekspertów zostanie zredukowany do blogerów.
Na całym świecie istnieje wiele bezpłatnych gazet, które zarabiają tylko na reklamach.
Oczywiście. Przeważnie są one jednak gorszej jakości od dzienników płatnych. Czytam je, podobnie jak blogi, ale cenię również teksty w gazetach, za które muszę płacić, takich jak „New York Times" czy „London Times", bo zapewniają wnikliwe analizy problemów.
Już teraz istnieje jednak wiele umów i konwencji międzynarodowych dotyczących ochrony praw autorskich w Internecie. Naprawdę potrzebujemy nowych umów?
Nie wrzucałbym tych ustaw do jednego worka. ACTA chroni własność intelektualną, zabraniając fałszowania produktów. To dobrowolne porozumienie, do którego przystępują tylko te kraje, które tego chcą. Zawiera ono zestaw przepisów, które już wcześniej istniały, i po prostu je umiędzynarodawia. Ludzie mogą się z nim nie zgadzać, ale widocznie go potrzebujemy, skoro wciąż obserwujemy ogromnie dużo przypadków kradzieży własności intelektualnej. Niezależnie od tego, czy chodzi o podrabianie damskich torebek marki Gucci czy najnowszych filmów, trzeba z tym zjawiskiem walczyć. Tymczasem twórcy SOPA i PIPA posuwali się znacznie dalej, bo zamierzali zmienić sposób działania Internetu.
W przypadku wszystkich trzech porozumień w tle majaczy gdzieś widmo cenzury. To głównie z tego powodu wybuchają protesty.
Ten strach w niektórych przypadkach jest uzasadniony. Każdy może próbować wykorzystywać prawo do niecnych celów. Trzeba jednak pamiętać, że samo uznanie piractwa za nielegalne nie ma nic wspólnego z cenzurą. Przeszukania na granicy podejmowane w celu odnalezienia podróbek lub przypadków naruszeń praw autorskich też nie są cenzurą. To działanie prawomyślne.
Gdyby jednak to Chińczycy lub Rosjanie chcieli wprowadzić podobne przepisy jak amerykańska SOPA czy PIPA, na Zachodzie podniósłby się wielki krzyk, że takie działanie zagraża wolności.
To prawda. I dlatego podkreślam różnicę między SOPA, która rzeczywiście miała zawierać mechanizmy podobne do tych, z których korzystają teraz Chińczycy, do blokowania dostępu do dysydenckich stron, a ACTA, której głównym celem jest wzmocnienie rządów prawa.
Czy idea, że w ogóle możliwe jest poradzenie sobie z piractwem w Internecie, nie jest z góry skazana na porażkę?
Nie wierzę, że kiedykolwiek rozwiążemy problem piractwa w Internecie. Podobnie jak nie wierzę, że kiedykolwiek uda nam się zlikwidować problem morderstw, gwałtów czy rozbojów. To jednak nie znaczy, że nie mamy uchwalać praw, które ułatwiają walkę z tymi przestępstwami. Cyberprzestrzeń staje się coraz ważniejsza. I chociaż nie sądzę, by zagrożenia w niej były już w tej samej lidze co bomba atomowa czy broń biologiczna, to w czasie, kiedy życie zachodnich społeczeństw coraz bardziej się na niej opiera, rządy powinny bardzo poważnie podchodzić do jej zabezpieczenia. Inaczej zamieni się w Dziki Zachód i stanie się miejscem, którego ludzie wolą unikać.
Aktywiści, którzy włamali się na strony polskiego rządu, ogłosili, że było to banalnie proste, ponieważ nazwa użytkownika brzmiała „admin", a hasło „admin1".
Jeżeli to prawda, to polski rząd musi wziąć się do pracy. Zupełnie podstawowa zasada w zabezpieczaniu Internetu mówi bowiem, aby używać skomplikowanych haseł, które nie mogą się kojarzyć z imieniem psa administratora czy datą urodzin jego żony. Mówi też o konieczności regularnych zmian hasła. Jeżeli pracownicy IT zatrudniani przez polski rząd o tym zapominają, to mają do odrobienia ważną lekcję.
Czy informacja o tym, jak łatwo było dostać się na polskie serwery rządowe, może mieć dużo poważniejsze implikacje niż tylko blokowanie dostępu do ministerialnych stron? Czy taką wiedzę mogą na przykład wykorzystać Rosjanie, którzy kilka lat temu przypuścili internetowy atak na Estonię?
Oczywiście, że tak. Każdy odpowiedzialny rząd musi przykładać dużą wagę do zabezpieczenia swojej sieci.
Nieważne, czy chodzi o Amerykanów chroniących się przed chińskimi atakami czy Polaków przed rosyjskimi. Łatanie słabych punktów to zasadnicza sprawa, zwłaszcza jeśli podejrzewa się, iż osoby, które nie zgadzają się z polityką danego rządu, mogą próbować go zaatakować. Jeśli więc polscy specjaliści nie robili tego wcześniej, teraz już wiedzą, że najwyższa pora.
Paul Rosenzweig pracował w Departamencie Bezpieczeństwa Wewnętrznego USA. Jest ekspertem waszyngtońskiej Fundacji Heritage, wykładowcą na George Washington University i założycielem firmy konsultingowej Red Branch Law and Consulting