Reklama

„Mniej obcy”. Mniej niż legenda

Wzlot, lot, upadek i odkupienie. Sprawdzona formuła kina o gwieździe w „Mniej obcym” daje nam przewidywalny rezultat, choć mamy próby przełamania schematu.
„Mniej obcy”, reż. Kristoffer Rus, dystr. Netflix

„Mniej obcy”, reż. Kristoffer Rus, dystr. Netflix

Foto: MAT. PRAS

Reklama

Jestem fanem biografii muzycznych w reżyserii Jamesa Mangolda. Jego filmy o Johnnym Cashu („Spacer po linie”) i Bobie Dylanie („Kompletnie nieznany”) działają znakomicie, bo opowiadając tylko o wyrywkowym, ale zarazem kluczowym dla przemiany bohatera fragmencie biografii, budują obraz całej osoby. Można też kręcić wizjonerskie eklektyczne gatunkowo musicale, jak zrobił Baz Luhrmann w „Elvisie” czy Dexter Fletcher w „Rocketman”. Najgorsze jest „kartkowanie” biografii. Na tym polegli m.in. twórcy „Bohemian Rhapsody”. W zasadzie tylko Oliver Stone w „The Doors” jakoś obronił ten sposób narracji. „Mniej obcy” jest rozciągnięty pomiędzy tymi dwoma sposobami pokazywania życia gwiazdy rocka.

Pozostało jeszcze 84% artykułu

Czytaj dalej już od 9,90 zł (zamiast 39 zł)

Dostęp do treści RP.PL w serwisie i aplikacji:

  • codzienne wiadomości, wartościowe komentarze i opinie na serwisie
  • pogłębione reportaże i publicystyka w Plusie Minusie
Reklama
Reklama
Promowane treści
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama