Przez niemal dwie dekady czytałem sporo kryminałów. Zaczęło się to nagle i na przekór wcześniejszej niechęci. Niechęci wynikającej z młodzieńczego przekonania, że na kryminały szkoda czasu. Nic nie wnoszą, wchodzą na chwilę do głowy i zaraz z niej wychodzą, komisarze i detektywi różnią się nieznacznie, a zbrodnie, mimo wysiłków autorów, również. To „nagle” było przypadkowe. Na pierwszym miejscu listy bestsellerów literackich, drukowanej co tydzień przez ważną niemiecką gazetę, ujrzałem nazwisko Henninga Mankella. Teoretycznie mógł być Niemcem. Okazał się Szwedem. Okazało się też, że ta najlepiej sprzedająca się przez wiele tygodni w Niemczech powieść to kryminał. Wsiąkłem w Mankella, czytałem wszystko. Nawet zaraziłem nim kilku kolegów.