Zwielu znaków, źródeł, a nawet badań opinii publicznej widać, że mieszkańcy – bo obywatelami ich nie można nazwać – Rosji już nie mówią „tak”, ale jeszcze nie zaczęli mówić „nie”. Mowa tu o etnicznych Rosjanach lub za takich się uważających, bo nieetniczni Rosjanie, nawet gdy milczą, mruczą pod nosem często w swoich językach „nie” Moskwie, która zabiera ich dzieci na wojnę.
W Polsce, gdzie tyle pisze się i mówi o Ukrainie, gdzie byle internauta wie doskonale, co myśli „Ukrainiec” (bo oni wszyscy myślą i mówią to samo) – tak mało można przeczytać czy usłyszeć o tym, co dzieje się w Federacji Rosyjskiej. A to naprawdę nie wymaga dużego wysiłku ani zdolności wywiadowczych, żeby wiedzieć, co się tam dzieje. Wystarczyłoby, żeby redakcje posadziły jednego człowieka na jeden dzień w tygodniu, żeby przejrzał informacje po rosyjsku, angielsku czy najlepiej po estońsku, żeby móc napisać, co dzieje się w Rosji. Pisałam dwa lata temu o masowym zamykaniu szpitali, urzędów pocztowych czy szkół z powodu braku pieniędzy, braku komunikacji i braku pracowników. Teraz masowo zamykane są restauracje i bary z powodu braku klientów. Dramatyczne dane dotyczą przede wszystkim Moskwy i Petersburga, a jak wiadomo, już kilkadziesiąt kilometrów dalej jest oczywiście dużo gorzej. Z zaopatrzeniem jest tak źle, że pojawiły się informacje o tym, że nastąpił masowy powrót punktów taniego karmienia, stołówek – zwanych „stołowaja” – których zanik kojarzył się ludziom z rozpadem ZSRR, czyli z początkiem lepszego życia, w którym były McDonald'sy i francuskie sery.