Wskaźnik dzietności w Polsce przestał spadać. Co prawda zatrzymał się na bardzo niskim poziomie, 1,07 dziecka na kobietę w wieku rozrodczym, ale przynajmniej już się nie obniża. Czy osiągnęliśmy demograficzne dno i zaczynamy się od niego odbijać? Gorzej już być nie może?
Może tak być, choć przewidywania w tej materii są karkołomne. Od dłuższego czasu widać już jednak, że spadki liczby urodzeń się zatrzymały. W okolicach 240 tys. urodzeń, patrząc rok wstecz, jesteśmy już od mniej więcej roku. Więc nie jest to zaskoczenie. To oczywiste, że jest gdzieś tutaj dno. Są prognozy mówiące, że wskaźnik dzietności podniesie się u nas do ok. 1,15 w tym roku, z najniższego poziomu po wojnie 1,07. Obserwuję wskaźniki światowe i np. w Korei Południowej, która miała dzietność na poziomie 0,75 dziecka na kobietę, widać delikatny wzrost tego wskaźnika do 0,8. Osiągnięto to m.in. w wyniku różnego rodzaju polityk publicznych. Bo ludzie co do zasady chcą mieć więcej dzieci niż mają, tylko jest wiele powodów, które im to utrudniają. Jednym z nich jest sytuacja życiowo-materialna.