Malta – mijana przez turystów jako pocztówkowy raj wapiennych fortów Valletty – w praktyce żyje z reputacji śródziemnomorskiego pomostu i „Szwajcarii południa". Ale za tą fasadą ukrywa się kraj, który bezlitośnie wykorzystuje luki w europejskim systemie, lawirując między Waszyngtonem a Pekinem, rozliczając się z rosyjskimi wpływami i wciąż pamiętając bliskie relacje z reżimem Kaddafiego.

Reklama
Reklama

Brama, która nigdy nie była tylko turystyczna

Kiedy myślimy o Malcie, myślimy o urlopie. Wapienne miasta, lazur, Valletta z listy UNESCO, plaże w Mellieha. Rok 2025 zamknął się dla wyspy, a rekord ma być pobity także w 2026. Polacy stanowią trzecią co do wielkości grupę odwiedzających – po Brytyjczykach i Włochach. Trafiła tam w zeszłym roku niemal połowa miliona naszych rodaków.

Czytaj więcej

Malta ogranicza inwestycje hotelowe i reguluje krótki najem. Cel – więcej jakości w turystyce

A jednak Malta to również kraj, który jako jedyny w Unii Europejskiej gościł Siergieja Ławrowa po 24 lutego 2022 roku – w grudniu 2024, w ramach maltańskiej prezydencji w Organizacji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie. Kraj, który przez lata sprzedawał obywatelstwa oligarchom z Rosji, Chin i państw arabskich. Kraj, w którym dziewięć lat po zamachu na dziennikarkę śledczą Daphne Caruanę Galizię proces zleceniodawcy dopiero się toczy. I kraj, który, jak zauważa Michał Potocki, od czasów zakonu Joannitów wpisał neutralność w swoje polityczne DNA.

Geografia jako los

Malta ma wielkość Warszawy i sześćset tysięcy mieszkańców. A jednak, kiedy sięgnąć po mapę, staje się jasne, dlaczego przez wieki była łakomym kąskiem dla każdego mocarstwa.

„Do Gibraltaru jest w prostej linii tyle kilometrów, co do Libanu, a jeszcze biorąc pod uwagę, że między Sycylią a Tunezją to jest najwęższe miejsce Morza Śródziemnego, Malta jest taką bramą pomiędzy wschodem i zachodem Morza Śródziemnego" - mówi Michał Potocki. „I taką rolę stanowiła dla Brytyjczyków. Klasyczne mocarstwo morskie w 1800 roku Maltę zajęło. Dla nich to była właśnie ta połowa drogi pomiędzy Gibraltarem a Kanałem Sueskim. Kluczowa absolutnie rola dla handlu, ale też dla wojska."

Czytaj więcej

Z turystyki do dyplomacji. Były szef Maltańskiej Organizacji Turystycznej ambasadorem w Polsce

Fortyfikacje po zakonie maltańskim, dziedzictwo półtora wieku rządów Joannitów – sprawiły, że Wielka Brytania miała w archipelagu gotową bazę na wszystkie wojny XIX i XX wieku: krymską, oba światowe konflikty, aż po zimną wojnę. To za bombardowania z lat 1940–1943, najpierw włoskie, potem niemieckie, Maltańczycy zapłacili wysoką cenę bycia częścią Imperium Brytyjskiego. To wtedy zasłużyli na Krzyż Jerzego, który do dziś zdobi ich flagę.

Neutralność w konstytucji

Rzadko zdarza się, żeby państwo wpisało swoją neutralność do ustawy zasadniczej. Malta zrobiła to w latach 80. XX wieku – i to w wersji zdumiewająco konkretnej.

„Do konstytucji maltańskiej wpisano nie tylko klauzulę neutralności, która jest w wielu konstytucjach – Szwajcaria, nawet Białoruś swego czasu miała – ale wpisano też zasadę, rzadki zapis w konstytucjach świata w ogóle, że stocznie maltańskie mają zakaz przyjmowania okrętów obu supermocarstw. Nie wymieniając nazwy tych supermocarstw" – zwraca uwagę autor „Święci i diabły".

Czytaj więcej

Roztrzęsione Niemcy. Co chwilę jakiś alarm. Za wszystkim stoi Rosja?

Dziś, jak dodaje, konstytucjonaliści musieliby się spierać, kto jest tym „drugim supermocarstwem". W latach 80. wątpliwości nie było. Ta filozofia balansu wywodzi się jeszcze z zakonu maltańskiego, któremu papież powierzył wyspę pod warunkiem, że nie będzie ingerował w wojny między chrześcijanami. „Ta tradycja neutralności bardzo istotnie wpłynęła na to, jak Maltańczycy się postrzegali przez cały XX wiek, jak się postrzegają w zasadzie do tej pory" – tłumaczy Potocki.

To, dlatego pod rządami maltańskiej Partii Pracy – rządzącej z krótkimi przerwami od 2013 roku – wyspa lawirowała między Waszyngtonem, Moskwą, Pekinem i Trypolisem. Premier Dom Mintoff, „człowiek, który przez pół wieku trząsł partią", odwiedził Chińską Republikę Ludową jako pierwszy europejski przywódca spoza bloku wschodniego. W zamian Chińczycy zbudowali port w Birżebbudży – do dziś jeden z największych węzłów przeładunkowych basenu Morza Śródziemnego.

Malta 1989: gdzie skończyła się zimna wojna

Grudzień 1989. Amerykański okręt USS „Belknap", radziecki „Sławaw", u wybrzeży Malty. Sztorm tak silny, że część rosyjskich i amerykańskich uczestników do dziś wspomina rejsy między statkami jako doświadczenie graniczne. To wtedy George Bush senior i Michaił Gorbaczow, w ciągu dwóch dni rozmów o zjednoczeniu Niemiec, państwach bałtyckich, Nikaragui i Filipinach, de facto podpisali koniec podziału świata.

Maltańczycy do dziś traktują tamten szczyt jako argument za neutralnością. „Mówią: gdyby nie neutralność, to przecież nie wybrano by nas na to miejsce spotkania. Postrzegają się trochę jako taką Szwajcarię śródziemnomorza. Czasem to nawet wprost padało w różnych koncepcjach politycznych: chcemy być Szwajcarią śródziemnomorza."

Czytaj więcej

Ukraińskie wojsko uszkodziło rosyjski statek w Soczi i okręt na Krymie

Sankcje i flota cieni

Model maltański, neutralność deklarowana, pragmatyzm w praktyce – najlepiej pokazała reakcja na sankcje wobec Rosji. „Maltańczycy generalnie nie kontestowali sankcji nakładanych na Rosję, ale kiedy te sankcje mogły im przeszkodzić w ich własnych interesach, to niejednokrotnie przeciągali podejmowanie decyzji" – opisuje Potocki. „W ostatnim czasie na przykład chodziło o sankcje nakładane na rosyjską flotę cieni. Malta jako państwo, które zarabia też na tranzycie, na przeładunku i które ma potężną flotę handlową, przeciągało decyzję. Ale sześćset tysięcy ludzi to nie jest taka moc, która by pozwalała na wetowanie."

Tu, jak zauważa autor, kryje się cała ambiwalencja maltańskiej polityki: nawet ówczesny minister spraw zagranicznych, z którym rozmawiał w 2022 roku, „potępił agresję, nie próbował szukać sztucznej równowagi pomiędzy ofiarą a agresorem, ale z drugiej strony był przekonany, że tej wojny dałoby się uniknąć, gdyby Zachód ustąpił Rosji, gdyby nie rozszerzał NATO na wschód".

Niemcy. Mobilizacja elektoratu i gospodarczy paraliż

Rekordowe poparcie dla Alternatywy dla Niemiec (AfD) w Saksonii-Anhalt nie jest dziełem przypadku, lecz efektem nałożenia się na siebie głębokiego kryzysu gospodarczego i rosnącej polaryzacji społecznej. Choć region ten charakteryzuje się relatywnie niskim odsetkiem imigrantów, to właśnie kwestie migracyjne oraz poczucie systemowego zubożenia napędzają lokalny elektorat.

Czytaj więcej

Niemcy odpowiadają na sabotaż. Ekspert: To zapowiedź kolejnych rosyjskich operacji na większą skalę

Od czasu pandemii niemiecka gospodarka znajduje się w stagnacji, co w połączeniu z rosnącymi kosztami energii uderzyło w portfele obywateli i wywołało falę zachowań oszczędnościowych. We wschodnich landach zjawisko to wzmacniane jest dodatkowo przez historyczny resentyment i przeświadczenie, że zjednoczenie kraju nastąpiło na warunkach dyktowanych przez zachód, co wytworzyło poczucie bycia obywatelami drugiej kategorii. W rezultacie próby dyskredytacji liderów AfD przez mainstreamowe media przynoszą skutki odwrotne do zamierzonych, pycha establishmentu obraca się w paliwo wyborcze, a partie tworzące koalicję rządową w Berlinie tracą zdolność do narzucania własnej narracji.

Pęknięcie kordonu sanitarnego

Ewentualne przejęcie władzy przez AfD w jednym z landów oznacza nie tylko złamanie dotychczasowego tabu, ale również zapowiedź głębokiej redefinicji niemieckiej polityki wewnętrznej i zagranicznej. Wpływy gospodarcze oraz postępujące pęknięcia wśród średniego biznesu pokazują, że tzw. Brandmauer – kordon sanitarny wokół skrajnej prawicy – przestaje spełniać swoją funkcję.

Co istotne z polskiej perspektywy, sukces AfD niesie za sobą bezpośrednie zagrożenie geopolityczne ze względu na jawnie prorosyjską retorykę ugrupowania, które postuluje powrót do modelu biznesowego opartego na tanich surowcach z Wschodu, ignorując przy tym bezpieczeństwo Europy Środkowo-Wschodniej. Paraliż decyzyjny w Berlinie, widmo sięgania po nadzwyczajne środki konstytucyjne w celu zablokowania lokalnych rządów oraz bezradność tradycyjnych ugrupowań pokazują, że niedzielne głosowanie może stać się początkiem nowej, znacznie bardziej nieprzewidywalnej ery w relacjach polsko-niemieckich.