Tak w 1998 r. Jarosław Kaczyński mówił o Tadeuszu Rydzyku, gdy jeszcze mógł sobie pozwolić na szczerość. Ostatecznie, choć żaden ze stawianych wtedy zarzutów się nie zdezaktualizował, Kaczyński uznał, że bardziej niż walczyć z Ojcem Dyrektorem opłaca mu się go po prostu kupić, dlatego przez lata hojnie płacił za jego poparcie publicznymi pieniędzmi oraz regularnie składanymi hołdami. Prezes PiS nie jest idealistą, to pragmatyk, który wchodzi w każdy polityczny układ, który mu się akurat opłaca. Nawet ze środowiskiem, które uważa za szkodliwe dla Polski i prawicy. Nawet jeśli oznacza to czynne uczestniczenie w realizacji „scenariusza Michnika”. Kaczyński mówił, że próba przekonania elektoratu Radia Maryja jest skazana na porażkę, ale prawda jest taka, że nigdy nawet nie spróbował przejąć rządu radiomaryjnych dusz i politycznym zakładnikiem redemptorysty został na własne życzenie. To Rydzyk miał większy wpływ na wyborców PiS niż Kaczyński na słuchaczy jego radia. Biznesowy układ opłaca się oczywiście obu stronom, ale mam wrażenie, że korzyści dla Rydzyka są dużo bardziej trwałe, niż to, co przez lata ugrał z nim Kaczyński. Dostał przecież nie tylko publiczne miliony, ale przede wszystkim dzięki układowi z prezesem PiS zajął na prawicy ważne miejsce, którego nikt mu już raczej nie odbierze. W zamian za pieniądze i prestiż, Kaczyński dostawał od Rydzyka poparcie, które w każdej chwili może mu zostać odebrane, jeśli szef Radia Maryja uzna, że opłaca mu się postawić na którąś z innych prawicowych partii.