Ze wszystkich opłakujących Jerzego Urbana to właśnie Jan Hartman przedstawił najbardziej spójną i szczerą ocenę nieświętej pamięci zmarłego. Zawstydził tych, którzy aby usprawiedliwić swoją żałobę po „Goebbelsie stanu wojennego”, uciekali się do tłumaczeń, że to było dawno, takie były czasy, Urban był ideowcem, a w ogóle to już za samą błyskotliwą inteligencję i dobre pióro nie można do niego przykładać kryteriów moralnych stosowanych wobec osób mniej sprawnie posługujących się słowem.

Jan Hartman nie potrzebuje żadnych usprawiedliwień, żeby Urbana pośmiertnie okadzać – owszem, Urban był w stanie wojennym skończoną szmatą, ale potem wszystko odpokutował z nawiązką swoją pełną pasji działalnością antykościelną. Jeśli dla kogoś antykościelna działalność jest wystarczającym zadośćuczynieniem za wszelkie podłości, to nawet za stan wojenny nie może Urbana zbyt surowo oceniać – to przecież wtedy „przemiły człowiek” zaliczał swoje pierwsze szlify jako naczelny klerożerca, wszystko, co było potem, to tylko bardziej lajtowa kontynuacja.

Czytaj więcej

Michał Szułdrzyński: Zmarł Jerzy Urban, niech żyje cynizm

Przez wszystkie kolejne lata nie udało się Urbanowi zrobić Kościołowi większego świństwa niż wtedy, gdy szczuł na księdza Popiełuszkę, a po brutalnym pobiciu i przypalaniu papierosami księdza Isakowicza-Zaleskiego przez SB insynuował, że ksiądz po pijaku przewrócił się na świecznik. Inteligencja Urbana przywoływana jako okoliczność łagodząca tylko go obciąża – dyrygent nagonek musiał rozumieć i akceptować, że przygotowuje grunt pod zbrodnie, a potem kryje ich sprawców. Bardziej z prądem zbrodniczej władzy płynąć się wtedy nie dało. Tylko zwierzęcy antyklerykalizmem może usprawiedliwiać udział w zbrodniach na klerze.

„Nikt nie jest aż tak zepsuty jak ja! Tak woła Kurski. Wszystko mi wolno, bo diabełki już tak mają, że są niedobre. Grubsza gotówka kisi się na niejednym koncie i zawsze jest dokąd wyjechać. No i on nie z tych, co to będą ich sadzać. W końcu tylko w propagandzie robił. Za to do mamra nie pakują. Dobrego imienia też już dawno nie ma, więc nie musi się przejmować jego utratą” – to też Hartman, ale już nie o Urbanie, choć każde słowo pasuje.

Jeśli ktoś się dziwi, że wielu nie przeszkadzają podłości Kurskiego, powinien dziś czytać fanów Urbana. Kurski to przecież tylko popłuczyny po nim, więc jeśli można usprawiedliwiać i rozgrzeszać Urbana, to i o Kurskim powstaną kiedyś takie płaczliwe pożegnania. Nie zrobił nic gorszego.