Bardzo bym chciała, żeby ta diagnoza była prawdziwa, bo to przynajmniej nadałoby sens tragicznej śmierci 96 osób – mogłabym się pocieszać, że zginęły za coś wielkiego, a nie przez coś głupiego. Niestety, jeśli to był zamach, to tak dobrze przygotowany, że po 12 latach nadal niewiele wskazuje, że ich śmierć miała jakąkolwiek inną przyczynę niż wyjątkowo niefortunny splot zaniedbań i błędów. Sam bezsprzeczny fakt, że Putin miał motyw, zasoby i okazję do pozbycia się polskiego prezydenta, może być jedynie punktem wyjścia do weryfikacji hipotezy zamachowej, na pewno jednak nie jest rozstrzygającym dowodem na jej potwierdzenie. A dowodów ciągle brak, i choć wojna w Ukrainie stwarza pokusy do nadania katastrofie sprzed lat nowego kontekstu, odpowiedzialni politycy nie powinni gorliwie z tego korzystać. I to nawet nie z troski o prawdę – ta już dawno nie ma większego znaczenia – ale z troski o mit, który udało się przez te lata zbudować.

Czytaj więcej

Kataryna: Ziobro. Stróż jawności

Środowisko PiS jest już bardzo blisko całkowitej „memizacji" nieżyjącego prezydenta, który był sympatycznym i dobrym człowiekiem, i nasza pamięć o nim miałaby się dużo lepiej, gdyby wazeliniarze nie postanowili go ośmieszyć. Wrzutka Karnowskiego jest wyjątkowo odrażająca, bo instrumentalnie użył ofiar do podpasienia usychającej narracji, ale są też wrzutki bardziej „lajtowe", choć równie żenujące. Mazowiecki kurator oświaty ogłosił właśnie szkolny konkurs „Lech Kaczyński – mąż stanu", w którym uczniowie ostatnich klas podstawówki mogą za swoje laurki zarobić dodatkowe punkty w rekrutacji do szkół średnich. Jestem wystarczająco stara, żeby mi się takie konkursy kojarzyły wyłącznie z ustrojem słusznie minionym, gdzie władza też wierzyła, że podziw można wymusić.

Wrzutka Karnowskiego jest wyjątkowo odrażająca, bo instrumentalnie użył ofiar do podpasienia usychającej narracji, ale są też wrzutki bardziej „lajtowe", choć równie żenujące.

Niewielu dzisiaj chce pamiętać, że gdyby Lech Kaczyński nie zginął w Smoleńsku, miesiąc później najprawdopodobniej byłby w Moskwie na defiladzie z okazji 65-lecia zakończenia wojny, na którą dostał zaproszenie od Putina i się wybierał, rozważając nawet wspólną podróż z Wojciechem Jaruzelskim. Prezydent bywał nieprzewidywalny, więc może do wyjazdu ostatecznie by nie doszło, ale słuchając dzisiaj ahistorycznych i wsadzonych w wygodny wojenny kontekst analiz kolejnych klakierów, warto wziąć poprawkę na fakty. Prezydent był wystarczająco dobrym człowiekiem, żeby dobra pamięć o nim przetrwała bez konieczności legendowania go na męża stanu, który poległ za życie polskich kobiet i dzieci.

Czytaj więcej

Kataryna: Niezwyciężona armia Putina