Takie mniej więcej wnioski wyłaniają się z komentarza Igora T. Miecika do tego, co mu niedawno powiedział Jurij Szuchewycz, syn Romana, komendanta UPA, współodpowiedzialnego za zbrodnie na Polakach. Całość ukazała się w „Gazecie Wyborczej" – medium, które od długiego czasu stara się przekonać opinię publiczną nad Wisłą, że nacjonalizm to przede wszystkim problem polski, zaś Ukraińcom znękanym konfliktem z Rosją nie ma co w tej sprawie stawiać zarzutów.

Tymczasem pewna granica została przekroczona. Co takiego bulwersującego oznajmił Szuchewycz? Przede wszystkim zaprzeczył liczbie ofiar wołyńskiego ludobójstwa (zresztą sam termin „ludobójstwo" uznał za kłamstwo) i usprawiedliwił akty przemocy Ukraińców na Polakach krzywdami wyrządzonymi przez II RP jej mniejszościom narodowym.

„Wołyń traktowaliście jak rezerwuar taniej siły roboczej, niewolniczej wręcz. Pogarda polskich kolonistów dla »chama« Ukraińca czy określenie »bydło«, którym nazywano ukraiński lud, tkwią w pamięci każdej wołyńskiej czy galicyjskiej rodziny" – argumentował Szuchewycz. I przedstawił następującą wersję wydarzeń: „Doszło do partyzanckiej wojny i masowego antypolskiego wystąpienia ukraińskiego ludu, z jednej strony umęczonego kolonialnym uciskiem Polaków, a z drugiej – podejmującego samorzutne akcje samoobrony przeciw groźbie i aż nadto czytelnym, brutalnym próbom przywrócenia statusu quo ante bellum".

Znamienne, że nominalnie prawicowy polityk, upatrujący absolutnego zła w ZSRR i komunizmie oraz uchodzący za czołowy autorytet ukraińskich środowisk nacjonalistycznych, rozumuje niczym bolszewik. To przecież krwawe ekscesy rewolucji październikowej, a potem gułagi usprawiedliwiane były przez Sowietów cierpieniem ludu pod władzą dynastii Romanowów. Po raz kolejny okazuje się, że mentalność Ukraińców została tak głęboko przeorana przez okres ZSRR, że nawet jeśli ich część aspiruje do bycia cywilizowanymi staroświeckimi nacjonalistami na modłę zachodnioeuropejską, to mówi i myśli jak „ludzie radzieccy".

Szuchewycz kojarzy się zatem z rosyjskimi negacjonistami historycznymi, którzy kwestionują prawdę o Katyniu. Nie można jednak odbierać słów ukraińskiego polityka jednostronnie. Jeśli wygarnia on Polakom złe traktowanie Ukraińców, to przecież ma powody. Nie ma usprawiedliwienia dla wołyńskiego ludobójstwa, ale to nie oznacza, że odpowiedzią na banderowski negacjonizm historyczny ma być zaprzeczanie, że władze II RP prowadziły wobec ludności ukraińskiej politykę konfrontacyjną.

Cóż, kłania się tu „Nie-boska komedia". Brak krytycznej refleksji Polaków nad stosunkiem ich przodków do Ukraińców przypomina nakreślony przez Zygmunta Krasińskiego stan ducha arystokracji w Okopach Świętej Trójcy: niechęć tej warstwy do zmierzenia się z przyczynami buntu społecznego przeciw niej.

Z kolei dzisiejszy kult UPA bierze się z powszechnej na Ukrainie ignorancji w zakresie własnych dziejów. Ta okoliczność również powinna być brana pod uwagę przez Polaków.

I można się tylko zastanawiać nad tym, po co „Wyborcza" – wbrew swojej linii – opublikowała materiał bijący w nacjonalizm ukraiński. Być może po to, żeby zaatakować politykę historyczną jako taką, czyli również polską. Dowiadujemy się bowiem, że Szuchewycz zaczął wobec Polaków wysuwać swoje oskarżenia – w tym wysługiwanie się Kremlowi – w odpowiedzi na przyjętą przez Sejm RP uchwałę wołyńską. Czyli w istocie swoje stanowisko odnośnie historii uzależnia nie od faktów, nie od tego, jak było naprawdę, lecz od przebiegu bieżącej międzynarodowej gry.

A jeśli tak, to klaruje się następująca teza: wszędzie, gdzie polityka historyczna łączy się z nacjonalizmem – w imię partykularnych interesów manipuluje przeszłością. Szuchewycz to zatem lustrzane odbicie będących w ofensywie polskich nacjonalistów, którzy opanowali IPN. I znów jesteśmy w domu.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej":

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95