– Baaa... – słyszę niewyraźną odpowiedź.
– Eee... jaki? – dopytuję.
– Baaa – powtarza z jeszcze szerszym uśmiechem Amerykanin. A ja, z dość głupią chyba miną, błyskawicznie przeszukuję własną pamięć w poszukiwaniu szczytów, które by się przynajmniej zaczynały na „baaa". I nic nie znajduję. Przecież chyba nie chodzi mu o Baaa-ranią Górę! Więc o jaką?
– Piwny. Baaar piwny – wyjaśnia po chwili alpinista. Rechoczemy przez dłuższy czas. A ja przypominam sobie kolejny powód wypraw w wysokie góry. Po powrocie docenia się tak banalne zdobycze cywilizacji, jak łazienka, świeża pościel, fotel, telewizja...
Piwo też. Zwłaszcza gdy się od kilkunastu dni pija głównie ekspresową herbatę na wodzie z roztopionego śniegu. A to przecież czyste H2O, bez żadnych minerałów. Więc z każdym dniem coraz bardziej marzymy o jakimś płynie o smaku czegokolwiek konkretnego. Albo o czymś do jedzenia innym niż liofilizaty (suszone potrawy do zalewania wrzątkiem). Zwykły makdonaldowy burger byłby frykasem, ale to marzenie jak o locie w kosmos.
Marzenia spełniają nam trzej całkiem niekosmiczni Ukraińcy. I to przed powrotem do cywilizacji. Ostatniego, 18. dnia naszej lodowcowej eskapady, gdy już schodzimy ku lądowisku w dolnej części lodowca, idzie ku nam niebiesko-żółta flaga z trzema ludźmi. W tej kolejności, bo rozmiary chorągwi są takie, że i za spory namiot by wystarczyła.
Witam się z nimi po ukraińsku. Tego się nie spodziewali, wiele tysięcy kilometrów od swojego kraju. Uradowani, zatrzymują się, zrzucają plecaki i wyjmują... piwo imbirowe. No cóż, jak się kilka godzin wcześniej wysiadło z awionetki, która przywiozła z cywilizacji, to jeszcze takie wynalazki ma się w plecaku. Na co dzień wolę piwo klasyczne, ale jakże tu odmówić! I jeszcze kruche ciasteczka. Bynajmniej nie z supermarketu. Szefowa firmy wożącej alpinistów powietrznymi taksówkami sama je upiekła. Niebo w gębie!
Polityka się nie liczy
How to say „good luck" in Polish? Powrodzenia? Prowadzenia? – pyta jeden z czwórki Rosjan, których napotykamy na stromiźnie mniej więcej na pięciu kilometrach wysokości. Gdy im wyjaśniamy, że prawidłowa wersja brzmi „powodzenia", przechodzimy na rosyjski. Część z nas zdobyła Elbrus na Kaukazie, co na napotkanej czwórce robi miłe wrażenie. Jeszcze dochodzimy do wspólnego wniosku, że „od gór lepsze są tylko góry, na których nikt nie bywał". A raczej powtarzamy to za Włodzimierzem Wysockim.
Potem spotykamy tych Rosjan jeszcze kilka razy, mijając się w drodze na szczyt. Gdy w pewnym momencie okazuje się, że do najwyższego obozu zabraliśmy zbyt mało jedzenia – bez zastanowienia oddają nam część swoich paczek z liofilizatami. Im z kolei brakuje gazu do gotowania. My mamy go w nadmiarze. Zwykle to Polska eksportuje do Rosji żywność, a gaz płynie do nas.
Koniec końców rosyjscy koledzy naszych butli nie wykorzystują, bo wchodzą na szczyt szybciej, niż planowali. Wszystkie rachunki wyrównujemy na dole. Okazuje się, że w miasteczku Talkeetna Rosjanie zarezerwowali sobie ten sam pensjonat, co my. W tej samej lodówce chłodzą się zatem nasze i ich butelki stolicznej i smirnoffa. A potem wspólnie śpiewamy piosenki z radzieckich dobranocek oraz „Podmoskownyje wieczera".
No właśnie. Z Ukraińcami w ogóle nie rozmawiamy o Wołyniu, a z Rosjanami o Katyniu. Choć niejeden od tego by zaczął. Ba, niejeden na tym by skończył. Z Rosjanami spędziliśmy nieco więcej czasu i siłą rzeczy rozmowa schodzi co nieco na politykę. Ale okazuje się, że oni wcale nie są entuzjastami polityki swoich przywódców ani na Krymie, ani na wschodniej Ukrainie.
A w ogóle to mamy dziesiątki innych wspólnych tematów i polityka schodzi na dziesiąty plan. Koniec końców słyszę propozycję: „Pasza, a pojechałby ty s nami na Chan Tengri?". (To taki siedmiotysięcznik na styku granic Kirgistanu, Kazachstanu i Chin). Propozycja luźna, ale rzuca ją Kirył – najbardziej powściągliwy z rosyjskiej czwórki. Nie przeszkadza mu, że jestem z kraju NATO, że pewnie nie wszystko co rosyjskie mi się podoba, itp. itd.
Bo w górach polityka się nie liczy. Tam albo można na kimś polegać, albo nie. Niezależnie od flagi, jaką niesie. – Na takich wyprawach poznaje się zwykle ludzi z różnych krajów i różnych kultur. Takie doświadczenia bardzo się przydają, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy wokół sporo nieufności do innych ras i narodów – mówi Krzysztof Wielicki. A Gabriel dodaje: – Przyjaźnie zawarte w górach są najtrwalsze.
Może to kolejny powód, by tam chodzić: spotkać dobrych ludzi?
Biało-czerwona duma
Każdy wnosi swoją flagę na szczyt, niekoniecznie tak wielką jak ci Ukraińcy. I nie tylko o zabawę z kolorową tkaniną tu chodzi. – Jak mnie zapisaliście w waszych statystykach? Jako Polkę czy Szkotkę? – pyta Ewelina w biurze Parku Narodowego Denali, gdy nasza ekipa melduje się tam po powrocie. Strażnik zagląda do papierów naszej ekipy.
– Podałaś jako miejsce zamieszkania Aberdeen, a to w Wielkiej Brytanii.
– Ale ja jestem polską emigrantką, dopiszcie mnie do Polaków – prosi Ewelina.
– Okay – mruczy strażnik i coś notuje w papierach.
Jeden punkt więcej dla naszego kraju. Ciekawe, czy znów zajmiemy miejsce w czołówce w statystykach tej góry. W ubiegłym roku mieliśmy trzecie miejsce za Amerykanami i Japończykami. Tych pierwszych było tam 652, tych drugich 40. Tylko o dwóch więcej niż Polaków. A skoro już o skośnookich mowa...
– Where are you from? – zapytał mnie na lodowcu Japończyk. Rzucił to raczej z kurtuazji, bo przygnało go do mnie coś zdecydowanie innego niż chęć poznania obcokrajowca. Twarz miał dość strapioną. Przyszedł, by wybłagać choć pół metra papieru toaletowego. Wysokość robi swoje także w układzie pokarmowym...
Gdy usłyszał odpowiedź, jakby zapomniał o przyczynie, dla której przyszedł. I choć podobno Japończycy mają trzy twarze i cztery serca, tym razem oblicze pojaśniało mu z niekłamanej radości. – Poland? Aaaa... Kukućka! Yezi Kukućka!
Japończyk, dość młody, raczej nie miał szans spotkać Jerzego Kukuczki, który zginął 27 lat temu. Spotkał mnie, niekoniecznie sławnego, ale w trudnej chwili. Może gdzieś tam u siebie w Osace czy Sapporo opowie: „A wiecie, jak mnie przycisnęło, to poratował mnie jeden Polak...".
W takich chwilach też wiem, po co łażę po górach.
PLUS MINUS
Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej":
prenumerata.rp.pl/plusminus
tel. 800 12 01 95