Wyparli się go dziennikarze, którzy na znak protestu odeszli z jego redakcji, ale te nazwiska też niewiele mówią. Ruszył hejt pod postacią świętego oburzenia. Że wstyd. Sk...yństwo. Hiena, co na ludzkiej krzywdzie się lansuje. I że dziennikarz z niego do d....

Obsobaczyła go „Gazeta Wyborcza", która jeszcze niedawno wywiad z nim opatrzyła wizytówką: „Artysta, twórca akcji społecznych".

Wszystko dlatego, iż podszywając się pod agencję zatrudnienia Rafał Betlejewski doprowadził do tego, że ileś osób z małego miasta zgodziło się na pracę nielegalną, szkodliwą i upokarzającą. Wszystko przed ukrytą kamerą TTV.

Pojechał po bandzie, fakt. Nie pierwszy raz przekroczył granicę między aktorem/dziennikarzem a widzem, prowokując do interakcji. I do refleksji.

„Tęsknię za tobą, Żydzie" – pisał na murach i zostawiał kipę, by pokazać puste miejsce po przedwojennych sąsiadach. „Wyruchała cię korporacja" – zapraszał do wypięcia się na wyścig szczurów. Zbudował kapliczkę, gdzie zamiast świętej figurki postawił telewizor. Obśmiewał bogatych snobów, którzy zamawiali teatr do domu. Pokazywał na sobie, jak się żyje za 1600 złotych miesięcznie. Parę miesięcy temu popełnił tekst o pisowskim ludzie, który zbierał się pod krzyżem na warszawskim Krakowskim Przedmieściu. Lewak Betlejewski tłumaczył frustracje moherowych beretów, gnojonych przez hipsterską elitę.

Ostatnio enfant terrible pozwolił sobie puścić bąka na salonach: powiedział w „Wyborczej", że Polsce dobrze zrobi „dobra zmiana" i obśmiał marsze KOD, gdzie wydziera się „wypasiony kot" Tomasz Lis. Nie wiadomo, w czyjej sprawie, bo przecież nie w obronie tych, co na tłuste kąski mogą się tylko z daleka oblizać.

Aż dziw, że wcześniej nie został wdeptany w ziemię przez warszawkę. Obrywa teraz z poślizgiem za poprzednie grzechy. Nie ma dziś miejsca dla ludzi środka. W dodatku malkontentów, tropiących „Polskę w ruinie". Fe!

O, cnotliwi dziennikarze! Którzy dziś odsądzacie Betleja od czci i wiary. Popatrzcie, jak śliski jest zawodowy grunt, po którym się poruszamy. Śledczy z ukrytą kamerą, „wcieleniowi" przebierańcy, łże-arbitrzy w pojedynkach polityków... wszyscy udajemy kogoś innego, by możliwie najefektowniej nadziać rozmówcę na widelec. A potem do kasy.

Ile to już lat, jak telewizję zalewa moda na seanse pogardy, na walki gladiatorów, których publika i jury jednym kciukiem skazują na śmierć. Wyrzucani z domu Wielkiego Brata, usuwani jako najsłabsze ogniwo u „siostry" Szczuki, kuchty poniewierane przez kuchmistrzynię Gessler, spoceni tancerze przed obliczem upudrowanych gwiazd... To były eksperymenty na człowieku. I wszystko dla przyjemności oglądania, jak ktoś się potyka i czołga. Późno obudzili się obrońcy godności maluczkich.

Zaraz, zaraz, ale kogo my tu żałujemy? Popatrzmy na bohaterów „radomskiej prowokacji". Były policjant godzi się przemycać uchodźców do Europy. Grzeczny pan będzie rozwoził narkotyki na bogate bankiety, a w razie potrzeby wstrzyknie co trzeba. Młodzieniec najmie się na asystenta pani prezes, z pełną obsługą – już w czasie castingu pokazał, jak całuje.

Co z tego, że bezrobotni? Że zapyziały Radom? Tak, to ludzie przyciśnięci, ofiary systemu. Ale oni są też jego częścią, są odpowiedzialni, tak jak za korupcję odpowiada też ten, kto daje łapówki. Nie wiedzieli, że to podpucha? Tym gorzej, bo w prawdziwym świecie naprawdę by na to poszli.

Nie widzę powodu, by otwierać parasol ochronny nad ludźmi, którzy ewidentnie wybrali drogę naganną i szkodliwą społecznie. Za pieniądze.

Chciałabym zobaczyć dalszy ciąg tego programu – poznać ich pobudki i historię. Ich samoocenę. Jak doszli do takiej demoralizacji? Ze wskazaniem konkretnych firm, które ich wykopały. Powinni, ma się rozumieć, dostać za to sowite honoraria, jak przystało na bogatą telewizję.

Niech TVN (bo TTV to odprysk tej stacji, o czym jakoś mało się mówi) zapłaci tym ludziom godziwe stawki – 5 tysięcy albo 10, a nie 50 zł, za które wyrwali od nich za zgodę na oddanie wizerunku. Zobaczymy, kto odmówi. A jeśli ktoś odmówi, bo mu podpowiedzieli, żeby oddał sprawę do sądu, tym lepiej – niech TVN buli, bo przecież Betlejewski nie robił programu prywatnie, całe stado redaktorów i kierowników realizowało ten projekt. Zresztą Betlejewski załatwił im już taką oglądalność, że jedną emisją, choćby z zakrytymi twarzami uczestników, zarobią na odszkodowania. A Betlejewski na nagrodę – za słupki i za to, że paru kolegów z branży zrobi po cichu rachunek sumienia: „Kiedy ostatni raz zrobiłem coś ważnego?"

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95