Obojętność religijna, niechęć do stałych zobowiązań, laicyzacja, ale także wyzwania, jakimi są wyniki neuronauk – to sprawdziany duszpasterskie i teologiczne dla wszystkich wyznań chrześcijańskich. W Kościele katolickim dochodzi do tego głęboki kryzys rozumienia i sprawowania władzy, która wciąż opiera się na wzorcach feudalnych i absolutystycznych. Brak jakiejkolwiek możliwości kontroli biskupów, brak realnego podziału kompetencji – to wszystko są problemy, z którymi musi zmierzyć się Kościół katolicki.

Czytaj więcej

Tomasz P. Terlikowski: Cud i codzienność

Synod o synodalność miał być zaś próbą odpowiedzi na wszystkie te pytania, a także pogłębioną próbą diagnozy sytuacji Kościoła i chrześcijaństwa w ogóle. Zaproszenie skierowane do wszystkich wiernych – i tych zdecydowanie mniej wiernych także – uznanie, że w istocie synod trzeba zacząć nie od spotkania biskupów, nie od napisania dokumentu wspólnego, ale od zaproszenia do rozmowy wszystkich, jest ogromną rewolucją. I choć różnie wprowadzenie w życie tej rewolucji wygląda, choć wielu polskich księży nie ma na nią szczególnej ochoty, to w wielu innych miejscach (także w Polsce, o świecie nie wspominając) naprawdę dzieje się sporo. Zadawane są istotne pytania, ukazywane problemy, uświadamiana jest z jednej strony ogromna różnorodność wyzwań, jakie stają przed Kościołem w różnych krajach, a z drugiej pewne kwestie wspólne.

Synod o synodalność miał być zaś próbą odpowiedzi na wszystkie te pytania, a także pogłębioną próbą diagnozy sytuacji Kościoła i chrześcijaństwa w ogóle. 

Istotnym pytaniem jest jednak to, co wydarzy się dalej. Gdy w 1512 r. zaczynał się sobór laterański V, wielu koncyliarystów, ale także wielu biskupów, miało już świadomość, że Kościół wymaga głębokiej reformy, że pewne formy jego życia się przeżyły, a papiestwo jest w opłakanym stanie. Odczucie to było powszechne, ale trwający pięć lat sobór nic nie zmienił. Wielu historyków jasno wskazywało, że był on klasycznym działaniem pozorowanym. Kilka miesięcy po jego zakończeniu Marcin Luter ogłosił tezy o odpustach i tak zaczęła się oddolna reforma, która ostatecznie stała się reformacją. Czy gdyby sobór podjął odważne decyzje, czy gdyby zaczęto je wprowadzać w życie, nie byłoby reformacji i dramatycznego w skutkach podziału Christianitas? Nie znamy oczywiście odpowiedzi na tak postawione pytanie, ale można bez ryzyka wielkiego błędu uznać, że z pewnością historia wyglądałaby zupełnie inaczej.

Tak się jednak nie stało. Na tym etapie nie wiemy, jakie będą skutki procesu synodalnego. Bez ryzyka wielkiego błędu możemy jednak powiedzieć, że uruchomienie energii duchowej, intelektualnej i organizacyjnej albo przyniesie realną zmianę, sprawi, że Kościół ruszy z jałowego biegu, struktury władzy zaczną się zmieniać, a kryzys zostanie przezwyciężony głęboką reformą, albo energia duchowa przemieni się w głęboką frustrację, złość, które przyspieszą i tak błyskawiczny proces sekularyzacji, pogłębią kryzys. Reforma zaś – konieczna w tej chwili – będzie i tak się dokonywała, tyle że oddolnie, z ogromnym ryzykiem wymknięcia się spod jakiejkolwiek kontroli.

Czytaj więcej

Tomasz P. Terlikowski: Nadciąga głęboka laicyzacja

Nie sposób dziś odpowiedzieć, jak będzie. Można jednak założyć, że sytuacja, w której się znajdujemy, jest dynamiczna i że nie ma powrotu do tego, co było. Marzenia o budowie Kościoła przedsoborowego albo nawet przedfranciszkowego, o powrocie do wymarzonej ery Piusa X czy nawet Jana Pawła II są płonne. Zmiany są konieczne, a jeśli nie zainicjuje ich synod, to mogą ruszyć samoczynnie.