Mniej więcej w tym samym czasie, kiedy Rocky zabił Michelle i ich dzieci, na drugim końcu kraju Dorothy Giunta-Cotter próbowała się uwolnić od maltretującego ją męża Williama. Razem z najmłodszą córką Kristen uciekła do schroniska w stanie Maine, a lokalny sędzia właśnie odrzucił jej wniosek o tymczasowy zakaz zbliżania dla męża. Sędzia stwierdził, że nie ma jurysdykcji do wydania nakazu ochrony, ponieważ Dorothy mieszka w stanie Massachusetts.

Zatem Dorothy zadzwoniła na gorącą linię do ośrodka pomocy ofiarom przemocy domowej w swoim rodzinnym mieście Amesbury w stanie Massachusetts. Nigdy wcześniej nie dzwoniła do Centrum Kryzysowego Jeanne Geiger i nikt tam nie znał jej historii. Niemniej porozmawiała z aktywistką Kelly Dunne. Kelly Dunne zazwyczaj nie pracowała w niedziele, ale tego szczególnego dnia akurat była w pracy, a coś w głosie Dorothy sprawiło, że instynktownie rozpoznała niezwykle niebezpieczną sytuację. Dunne znalazła miejsce dla Dorothy i Kristen w schronisku w Salem. Później tego samego dnia spotkała się tam z nimi, a Dorothy opowiedziała jej o swoim niewiarygodnie dramatycznym położeniu.

Rozmawiały przez cztery długie godziny. Dunne pamięta niezwykłą cierpliwość Kristen, która siedziała pod drzwiami pokoju, podczas gdy jej matka szczegółowo opisywała całe dziesięciolecia przemocy tak skrajnej, że Dunne do tej pory zachowuje niektóre szczegóły w tajemnicy (tamtego dnia złożyła taką obietnicę Dorothy i dotrzymała słowa). William zepchnął Dorothy ze schodów, podbił jej oczy, porwał ją i przetrzymywał w magazynie przez noc, pobił, gdy była w ciąży, i zagroził, że zabije ją i wywiezie jej ciało tak daleko, że nikt nigdy jej nie znajdzie. W tych rzadkich przypadkach, gdy Dorothy jechała na pogotowie, William czasami wyrzucał jej leki przeciwbólowe. Nie pozwalał jej pracować, a całe jej życie ograniczało się do ich dwu córek. William pracował jako instalator sieci, więc przekonał ją, że zna lokalizację wszystkich schronisk w Nowej Anglii.

Dorothy wierzyła również, że zgodnie z prawem ojciec ma prawo widywać swoje dzieci. Każda umowa o podział opieki albo harmonogram odwiedzin wymagałaby ciągłych negocjacji z Williamem. Zatem nawet gdyby mogła udowodnić przemoc – a nie mogła, bo nigdy nie wezwała policji – według przepisów William miał swoje prawa. Uznała, że jeśli będzie mieszkała w tym samym domu, to istnieje szansa, że będzie mogła chronić córki. Dlatego wracała, raz za razem.

Ale tym razem przysięgła Dunne, że nigdy więcej nie wróci. Tym razem przekroczył wszelkie granice: William podniósł rękę na Kristen, która miała wówczas jedenaście lat, po raz pierwszy w życiu. Usiadł na jej klatce piersiowej, przez co nie mogła oddychać – i to skłoniło Dorothy do działania. Dla wielu ofiar przemocy impulsem, który w końcu popycha je do działania, jest moment, kiedy ich dziecku dzieje się krzywda. Znęcanie się dorosłego nad innym dorosłym to jedno, ale nad dzieckiem? Często to właśnie chwila, w której ofiara postanawia, że więcej nie zniesie.

Podobnie jak wielu sprawców, William był na tyle bystry, żeby wykorzystać system. Po tej ostatniej ucieczce do Maine wysłał do szkoły Kristen list, w którym napisał, że jego żona jest niestabilna psychicznie i zabrała dziecko bez jego zgody; oznajmił, że jeśli Dorothy będzie chciała zabrać dokumentację Kristen – która będzie jej potrzebna do zapisania dziecka do jakiejkolwiek innej placówki – to szkoła powinna się z nim natychmiast skontaktować. W liście nadmienił, że nic z powyższego nie miało związku z przemocą w domu Cotterów – co było na tyle dziwne, że szkoła skontaktowała się z lokalną policją. W tym samym czasie William Cotter udał się do Wydziału Policji Amesbury i zgłosił zaginięcie bliskiej osoby. Jak powiedział mi Rick Poulin, policjant, który przyjął zgłoszenie, Cotter obawiał się, że żona użyje ich kart kredytowych. „Był bardzo defensywny jak na kogoś, kto zgłasza zaginięcie – powiedział Poulin. – Od razu mnie to zaalarmowało". Poulin skontaktował się również z administracją szkoły, a nawet poszedł osobiście do Centrum Kryzysowego Jeanne Geiger i porozmawiał tam z aktywistką. Sprawa była dziwna, ale na ile mogli się zorientować, nikt nie złamał żadnego prawa. Nie było zgłoszeń przemocy, nikt w rodzinie nie miał na koncie żadnych zatargów z prawem, nie było żadnego powodu, żeby William znalazł się na policyjnym radarze. To było, zanim Dorothy zadzwoniła na gorącą linię w Maine, a William wyglądał na praworządnego obywatela.

Dunne mówi, że zachowanie Williama jest typowe dla sprawców. Chcą pokazać ofiarom, że wiedzą, jak grać systemem na własną korzyść. Dorothy była w Maine, a tym listem do szkoły William „próbował ją wypłoszyć".

Dunne poradziła Dorothy, żeby została w schronisku, obiecała porozmawiać z adwokatem z centrum kryzysowego i wymyślić strategię, jak tylko złożą wniosek o zakaz zbliżania, co planowali zrobić z samego rana. A wtedy Dorothy powiedziała Dunne coś, co wprawiło ją w osłupienie: „Mam dość schronisk".

Dorothy trafiała do schronisk w całej Nowej Anglii, dotarła nawet do Pensylwanii. I za każdym razem w końcu wracała, bo nie mogła się wiecznie ukrywać. William nigdy nie pozwoliłby jej odejść. Nigdy nie zgodziłby się na rozwód. Dzieci musiały być zapisane do szkoły bez względu na to, gdzie była i przed czym uciekała. Jej własna rodzina mieszkała w Massachusetts. Jak mogła zostawić matkę i siostrę? Najbliższych, którzy mogli ją wesprzeć? Pewnego dnia musiałaby znaleźć pracę, żeby utrzymać siebie i córki.

Dorothy powiedziała Dunne, że nie zrobiła nic złego, więc dlaczego to ona zawsze musi uciekać? Uważała, że William i tak zna większość schronisk, więc nie było sensu się przed nim ukrywać. Nigdzie się nie wybierała. Nie tym razem, już nigdy więcej. Później Dunne powiedziała, że to był moment „o, cholera". „Nie mieliśmy żadnego planu dla kobiety, która nie chciała iść do schroniska" – wspomina. – „Schronisko to był cały nasz plan".

On mnie przeraża

Dorothy i Kristen spędziły tę niedzielną noc w schronisku w Salem, a nazajutrz poszły do sądu z Dunne i prawnikiem z centrum. Sąd wydał zakaz zbliżania – z jednym zastrzeżeniem: William powiedział sędziemu, że potrzebuje dostępu do garażu, w przeciwnym razie nie będzie mógł się dostać do narzędzi pracy. Zatem sędzia pozwolił Williamowi odbierać rano narzędzia z domu i zwracać je wieczorem. To było niezwykłe orzeczenie, ale William nie był wcześniej notowany jako sprawca przemocy, a musiał jakoś utrzymać pracę, gdy uzgadniali z Dorothy kwestie związane z ich małżeństwem.

Po rozprawie William opuścił dom. A Dorothy i Kristen wprowadziły się tam z powrotem.

Dom Dorothy miał dwa piętra ponad położonym na parterze garażem. Znajdował się tuż obok niewielkiego parkingu dla sąsiadów, których domy stały tak blisko siebie, że ledwo można było wcisnąć między nie rękę. Wynajmowany przez Dorothy dom miał elewację z biało-zielonych desek, a stare drewniane schody prowadziły na wąski ganek z dwojgiem drzwi wejściowych. Centrum kryzysowe zmieniło zamki, zainstalowało system zabezpieczeń, a Dorothy i jej córkom dało telefony komórkowe. Kobieta dostała też do noszenia specjalny naszyjnik alarmowy na wypadek sytuacji kryzysowej. Ale pewnej nocy, gdy Dorothy gotowała, przypadkowo nacisnęła guzik i pod dom zjechało pół tuzina radiowozów. Tak ją to zawstydziło, że zdjęła naszyjnik i powiesiła go w sypialni.

Dziesięć dni po powrocie do domu Dorothy poszła do garażu, do swojego samochodu. Miała jechać na rozmowę kwalifikacyjną do supermarketu sieci Shaw's. Nagle William, który miał zakaz zbliżania się do niej, złapał ją od tyłu i zakrył jej usta dłonią. „Przestań krzyczeć albo cię zastrzelę" – ostrzegł ją. Kaitlyn, ich starsza córka, usłyszała odgłosy szarpaniny i pobiegła na dół, gdzie zobaczyła matkę przetrzymywaną przez ojca jako zakładniczkę. „Jej usta krwawiły [...] i wyglądała na przerażoną – napisała Kaitlyn w oświadczeniu. – Ja [...] stałam z mamą i tatą, chciałam się upewnić, że nic się nie stanie". Po dwóch i pół godziny William wyszedł, a nazajutrz Dorothy poszła na posterunek policji i złożyła doniesienie o tym, że William złamał zakaz zbliżania; zgłoszenie przyjął detektyw Robert Wile. Długo z nim rozmawiała; nigdy wcześniej jej nie spotkał. Opowiedziała Wile'owi o swoim mężu: „Za każdym razem, gdy mam z nim kontakt, on mnie przeraża".

Wile wspomina, że Dorothy była spokojna i racjonalna. Powiedziała mu, że w schronisku będzie musiała dzielić pokój z dwiema córkami, co zwiększa prawdopodobieństwo, że jeśli William je znajdzie, to zabije wszystkie trzy. W domu, jak powiedziała, istnieje większe prawdopodobieństwo, że „to będę tylko ja". Wile nie wiedział, jak zareagować. „W zasadzie mówiła mi: »Przygotowuję się na własną śmierć, a wy co robicie?« – powiedział mi Wile. – A ja nie mogłem znaleźć żadnych słów". (...)

Wile wydał nakaz aresztowania Cottera. 21 marca 2002 roku William w towarzystwie swojego prawnika zgłosił się do Sądu Rejonowego w Newburyport. Dunne powiedziała, że Cotter wiedział, co robi. Znał system. Pojawił się pod koniec dnia w piątek, z adwokatem. Z kartoteki wynikało, że ma na koncie tylko kilka wykroczeń drogowych i czeki bez pokrycia. Miał stałą pracę jako instalator i trener lokalnej młodzieżowej drużyny sportowej. Sędzia tego dnia nie wiedział o dziesięcioleciach maltretowania Dorothy, nie znał szczegółów złamania zakazu zbliżania, nie wiedział, że William kiedyś śledził żonę, a potem ją porwał. Nie wiedział, że zepchnął ją ze schodów, gdy była w ciąży, ani że ją dusił kablem od telefonu. Prokurator nie miał także oświadczenia Dorothy, w którym streszczała dwadzieścia lat maltretowania. Może gdyby Wile wiedział, że Cotter będzie w sądzie tego popołudnia, mógłby się tam stawić, przedstawić sędziemu więcej informacji. Może mógłby zadzwonić do kogoś w sądzie, ostrzec ich przed Cotterem, ale Wile miał oświadczenie Dorothy tylko z dnia, w którym przyszła na komisariat. Wiedział, że boi się męża, ale nie miał pojęcia, jak ów potwornie się nad nią znęcał. Dunne wiedziała, ale Wile nie miał z nią kontaktu. Dunne dowiedziała się o przemocy dopiero w ostatnich tygodniach życia Dorothy, ale nigdy nie rozmawiała o niej z policją. Wile nie znał wówczas nawet żadnej z aktywistek lokalnej organizacji zajmującej się przemocą domową, w tym Kelly Dunne czy Suzanne Dubus, które w kolejnych latach miały się stać kluczowymi punktami na jego orbicie. Nikt w sądzie nie miał dość informacji, żeby mieć Cottera na radarze.

Wyszedł za kaucją

Wszystkie te krytyczne luki w systemie mają często największy wpływ na to, kto żyje, a kto umiera – włącznie z brakiem komunikacji między sądami karnymi i cywilnymi – i nadal nie zostały usunięte nie tylko w tym konkretnym hrabstwie w Massachusetts, ale także w stanach i hrabstwach w całym kraju. Sam fakt, że przemocą ze strony partnerów życiowych tak często zajmują się sądy cywilne zamiast karnych, daje wgląd w to, jak my jako społeczeństwo nadal ją postrzegamy. Pierwszy „sąd rodzinny" w kraju, jak go nazywano, działał w Buffalo w stanie Nowy Jork. Wydawało się to wówczas nie lada innowacją w sądownictwie – oto miejsce, gdzie rodziny mogą rozwiązywać kwestie związane z rozwodem i opieką nad dziećmi, bez konieczności wizyty w sądzie karnym. W kolejnych dekadach oznaczało to jednak, że przemoc domowa została wrzucona do jednego worka z innymi sprawami rodzinnymi, takimi jak opieka nad dziećmi i rozwód, choć jest to przecież kwestia karna. Wyobraźmy sobie, że jakiś mężczyzna, kompletnie obcy, dusi innego mężczyznę kablem telefonicznym, spycha go ze schodów, uderza go pięścią tak mocno, że łamie mu kość oczodołu. Do takich napaści dochodzi codziennie w wyniku przemocy domowej, ale jeszcze nie spotkałam prokuratora, który traktowałby je równie poważnie jak wtedy, gdy mają miejsce poza kontekstem przemocy domowej. „Zszokowało mnie, że bliskiej osobie można zrobić coś, czego nie zrobiłoby się na ulicy ani podczas bójki w barze" – powiedziała mi była prokurator z Ohio Anne Tamashasky. W dniu, w którym William Cotter pojawił się w sądzie, zapłacił pięćset dolarów i wyszedł za kaucją kilka minut po tym, jak się zgłosił.

Pięć dni później William przybył do domu Dorothy w kamizelce taktycznej i uzbrojony w gaz pieprzowy, kajdanki, pasy z amunicją i strzelbę z odciętą lufą. Kaitlyn była u koleżanki, Kristen, nieświadoma, otworzyła drzwi wejściowe. Gdy tylko Dorothy usłyszała jego głos, zabarykadowała się w swojej sypialni. William odepchnął Kristen, wpadł do domu i wyłamał drzwi do sypialni Dorothy. Wyciągnął ją ze środka w kilka sekund. Kristen pobiegła na górę i zadzwoniła do sąsiadki, a ta zadzwoniła na numer alarmowy – taką strategię wymyśliła Dunne, żeby Kristen nie musiała zmagać się z psychologicznym ciężarem wzywania policji do własnego ojca. Radiowóz przyjechał po kilku minutach.

Czasami, kiedy odtwarzam sobie w głowie tę scenę, zatrzymuję ją w tym kluczowym momencie: Dorothy, jeszcze żywa, przetrzymywana jako zakładniczka przez męża przemocowca, na miejscu policjanci – wygląda, jakby przyjechało tu pół posterunku – z bronią wciągniętą i gotową do strzału. Rodzina była już wówczas znana stróżom prawa, za sprawą Poulina, jak i detektywa Wile'a, od dnia, w którym Dorothy przyszła z nim porozmawiać. Wile rozumiał już wtedy, że Cotter jest niebezpieczny, może nawet bardziej niż ktokolwiek inny, i przekazał pozostałym, że powinni mieć na niego oko. I oto ten moment: William żyje. Dorothy żyje. Dyspozytor jest na linii. Policja jest na miejscu.

Czy to była ta scena, którą sobie wyobrażała, kiedy siedziała z detektywem Wile'em i mówiła mu, że zginie we własnym domu? Miała trzydzieści dwa lata, nie była nawet w połowie życia. Miała wyjątkową urodę aktorki z lat czterdziestych, coś jak nieco przystępniejsza Hedy Lamarr albo Loretta Young.

Czy Dorothy zdążyła sobie przypomnieć ten fatalny dzień, gdy miała piętnaście lat i spotkała chłopca, który twierdził, że zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia? Czy winiła tę młodą wersję samej siebie? Czy zastanawiała się nad tym, jak jej kultura popycha małe dziewczynki do miłości, mówi im, że miłość wszystko zwycięży? Czy zastanawiała się kiedyś, dlaczego nie opowiadamy więcej historii o klęsce miłości? Nie wierzę, że miłość podbija wszystko. Tak wiele rzeczy na tym świecie wydaje się potężniejszych niż miłość. Obowiązek. Wściekłość. Strach. Przemoc.

Wyobrażam sobie Kristen, jedenastoletnią, jak ukrywa się pod łóżkiem, nie wiedząc, co się wokół dzieje. Ciąży na niej potworna świadomość, że to ona wpuściła ojca do środka. Myślała, że za drzwiami stoi jej koleżanka. Straciłam matkę, kiedy byłam w wieku Kristen. To był nowotwór, cywilizowana śmierć, jeśli coś takiego w ogóle istnieje. Ale rozumiem poniekąd potworną desperację, jaką Kristen musiała odczuwać, błagania, jakie mogła wówczas kierować do dowolnego niewidzialnego boga, byle tylko ocalił jej matkę. I rozumiem też to: że jakkolwiek straszny jest ten pojedynczy moment śmierci, jakkolwiek nawiedzają nas potem te ostatnie kruche sekundy, to stratę zdefiniują następujące po niej lata. Jej skalę, jej okrutną wieczność, niczym stalowa brama wielkości samego świata, która zamyka się w mgnieniu oka.

Nieruchoma scena nagle rusza. Kiedy dyspozytor oddzwonił do Kristen, żeby potwierdzić przybycie policji, William odebrał telefon na dole. Powiedział dyspozytorowi, żeby odwołał funkcjonariuszy albo „komuś naprawdę stanie się krzywda". Jego głos brzmiał surowo, ale dziwnie beznamiętnie, jakby nadal wierzył, że to wszystko jest w jego zasięgu, jakby myślał, że to tylko kolosalne nieporozumienie, jego prywatna sprawa do załatwienia. David Noyes dotarł do drzwi jako pierwszy. Słyszał, jak Dorothy krzyczy: „Zabije mnie! On mnie zabije!". Noyes, w kamizelce z kevlaru, też miał broń w pogotowiu. Padał deszcz. Wszyscy byli w policyjnych ubraniach przeciwdeszczowych. Kevlar, pas ze sprzętem i poncho przeciwdeszczowe utrudniały manewrowanie. Dyspozytor, rzecz jasna, nie odwołał interwencji. Noyes wyważył drzwi w tym samym momencie, w którym William zastrzelił Dorothy; Noyes powiedział, że rozbłysk wystrzału był tak silny, że oślepił go na chwilę, wystarczająco długo, żeby William zdążył skierować broń na siebie. Całe zajście zostało zarejestrowane na nagraniu dyspozytora. Dorothy krzyczy w tle, huk, jej głos natychmiast cichnie, a potem męskie głosy wykrzykują rozkazy. Ponad tą chaotyczną wrzawą słychać zawodzenie: „Nieeeeee!", wykrzyczane przez jedenastoletnią dziewczynkę do słuchawki. 

Rachel Louise Snyder jest amerykańską pisarką i dziennikarką. Wykłada dziennikarstwo i uczy kreatywnego pisania. Publikowała m.in. w „New Yorkerze", „New York Timesie", „The Washington Post" i „The New Republic"

Fragment książki Rachel Louise Snyder, „Śladów pobicia brak. W pułapce przemocy domowej", przeł. Kaja Gucio, która ukazała się właśnie nakładem wydawnictwa Czarne, Wołowiec 2021