Na razie nie widać, aby plany oszczędnościowe i zapowiedzi pomocy przyniosły uspokojenie. Strajki i protesty nie ustają. Na ulicach wrze. Gdy w płomieniach zginęło trzech bankierów, do protestów wezwały banki. Obligacje greckie zyskały „śmieciowy” status, a turyści chyłkiem zmieniają rezerwacje.

Pierwszy morał, jaki z tego wynika, to ten, że żadna organizacja ani instytucja nie chroni państwa, jeśli samo nie potrafi się obronić. Następne wnioski są jeszcze bardziej pesymistyczne. Wszystko wskazuje na to, że Grecja nie miała prawa znaleźć się w strefie euro. To, że ją do niej przyjęto, wynika z celowego fałszowania przez poprzednie rządy danych statystycznych. Tylko dlaczego przyjmowano je za dobrą monetę? Co gorsza, mimo największego kryzysu od lat do tej pory nie wiadomo, jaki tak naprawdę był zeszłoroczny deficyt budżetowy. Czy wyniósł on, jak podaje się oficjalnie, 13,6 proc. PKB? A może więcej? Warto pamiętać, że UE oficjalnie nie akceptuje deficytu powyżej 3 proc. PKB. Oficjalnie.

Bo nieoficjalnie Grecja zdaje się być typowym przykładem degeneracji współczesnego państwa socjalnego. Państwa, w którym z roku na rok powinno się żyć lepiej. W którym coraz mniej się pracuje, coraz lepiej jest się chronionym, ma się coraz więcej przywilejów i zabezpieczeń. W którym eliminuje się ryzyko, a następne pokolenie sądzi, że ma prawo żyć wygodniej i bardziej beztrosko.

Gwałtowne protesty wywołało przecież nie widmo głodu, zagrożenia zdrowia czy życia. Nie, Grecy protestowali, bo mieli stracić część przywilejów. Protestowali, bo dobrobyt im się po prostu należy. Należą się z roku na rok wyższe wynagrodzenia. Należą się dodatkowe pieniądze na Wielkanoc i Boże Narodzenie – wskutek czego grecki pracownik sfery budżetowej dostaje 14 pensji. Należy się emerytura po osiągnięciu, uwaga, 53 lat.

Analitycy obawiają się, że przypadek Grecji nie jest odosobniony. I z coraz większym niepokojem obserwują Portugalię, Hiszpanię, nawet Włochy. Wiadomo, że gdyby te dwa pierwsze kraje dotknął kryzys porównywalny z greckim, to ewentualna pomoc musiałaby być znacznie większa. Może nawet 400 mld euro?

Ale nie te sumy, skądinąd bajeczne, budzą moje obawy. Najbardziej boję się mentalności rentiera. Przekonania, tak rozpowszechnionego w wielu krajach Europy, że bogactwo ma wynikać nie z własnej pracy, ale że powinno je zapewnić państwo, Unia, ktokolwiek. A jak go nie zapewniają, to trzeba ich postraszyć i zaszantażować. Przy takim podejściu żadna pomoc nie wystarczy.

[ramka][link=http://blog.rp.pl/lisicki/2010/05/07/krach-panstwa-socjalnego/]Skomentuj[/link][/ramka]