Jeśli chodzi o trendy na wiosnę i lato, to kreatorzy mody przewidują kwiaty, wzory indiańskie, orientalne, geometryczne oraz lata 50. Sukienki i spódnice wydłużą się nieco za kolana, spodnie będą luźniejsze, a srebro i cekiny nadal święcić będą triumfy".
Takie komunikaty przeciętny Polak jednym uchem wpuszcza, a drugim wypuszcza. Nawet jeśli jest dziewczyną w wieku od 14 do 35 lat, czyli intensywnym, z założenia, konsumentem mody. Trudno się dziwić, skoro na ubrania, fryzjera, kosmetyczkę ma do wydania niewiele ponad 50 zł miesięcznie.
Jeśli jest kobietą, wkłada spodnie, najczęściej dżinsy i T-shirt, w zimie dokłada do tego sweter i kurtkę. Sukienkę nosi okazjonalnie, na imprezy lub święta, bardziej latem niż zimą.
Mężczyzna wbija się w marynarkę lub garnitur tylko wtedy, kiedy zmusza go do tego rodzaj pracy. Gdy nie musi, zostaje przy T-shircie, sportowej koszuli, często wyrzuconej na wierzch, bluzie i sportowych butach.
Internet zamiast bazarku
Jakby w oderwaniu od tych niewielkich potrzeb na polskim rynku ubrań wciąż przybywa. Mamy kilka wielkich międzynarodowych sieci odzieżowych, średnie wielobranżowe oraz tysiące mniejszych sklepów z ubraniami, butami i bielizną niezbyt markowego pochodzenia, za to w dobrych cenach. Są second handy, bazary oraz największy bazar – Internet. Najmłodsza grupa klientów, tych, którzy wstydzą się kupować na bazarach, ale szukają okazji, przeniosła się z zakupami do sieci. Samo Allegro zapewnia im wielki wybór, dobre ceny i anonimowość.
Nie trzeba mieć karty, można płacić przelewem albo przy odbiorze.
Ilu jest kupujących ciuchy w Internecie? Wyniki badań są sprzeczne.
Z badań przeprowadzonych przez Pentor Research International dla Fashion House Outlet Centre wynika, że 91 proc. Polaków nie kupuje przez Internet. Powody: brak zaufania i możliwości przymierzenia.
Z drugiej strony jest sondaż firmy Gemius „Internet 2008 – 2009", w którym pytano wyłącznie użytkowników Internetu w wieku powyżej 15 lat.
35 proc. odpowiedziało, że odzież i biżuterię kupili właśnie w sklepie internetowym. Kupuje je aż 50 proc. badanych.
Ubrań kupujemy więcej, bo nas na nie stać... W ciągu ostatniego dziesięciolecia one jako jedyne na rynku nie zdrożały. Ceny odzieży i obuwia idą pod prąd ogólnych trendów rynkowych – od września 2001 r. spadły o blisko 40 proc.
Tendencja ta nie dotyczy tylko najwyższej półki ubrań, o której się mawia, że ceny ma wyższe niż w Europie i USA. Ale to nie przeszkadza kupującym. Nawet z tymi cenami sektor luksusowy, który wprawdzie dotyczy znikomej części społeczeństwa, rozwija się w Polsce imponująco.
W pierwszym dziesięcioleciu po transformacji uwolniony rynek odzieżowy zaczynał od wielkich toreb w kratkę pełnych chińszczyzny sprzedawanej na ulicach, walizek ciuchów przywożonych w prywatnym imporcie do pierwszych pseudoeleganckich „butików", w których można było kupić pojedyncze egzemplarze bluzek Versace sprzed trzech sezonów. Wszystko było nieskładne, przypadkowe i trochę śmieciowe.
Bogusz Center, Panorama, butik w Mariotcie – to pierwsze podchody do polskiego luksusu, o których słuch dawno zaginął. Większość padła lub zmieniła profil, a na ich miejsce powstały inne. W Warszawie dwa luksusowe sklepy przetrwały z pionierskich początków – EM Cashmere i Snobissimo. Oba radzą sobie świetnie i mają stałe klientki.
Pierwszym prawdziwie „zagranicznym" sklepem, gdzie sprzedawano pełne kolekcje, był Cottonfield, który w 1991 roku sklepami najpierw w Łodzi, potem w Warszawie podbił serca raczkującej klasy średniej. Ceny były dość wysokie, ale kandydatów, żeby zaszpanować czerwoną metką, nie brakowało. W latach 90. przyszły Marks & Spencer, KappAhl, Benetton.
W 1999 roku we Wrocławiu otwarto pierwszą polską Zarę, w 2003 zadebiutował H&M, w zeszłym roku Gap.
Sieciówki pożarły spory segment rynku i zmieniły wygląd polskiej ulicy. Otworzyły dostęp do najnowszej, taniej mody o zasięgu globalnym. „Moda jest dziś jak muzyka, wszyscy chcą tego samego" – powiedziała mi Donatella Versace na premierze jej kolekcji dla H&M w Nowym Jorku.
W ankiecie popularności polskich sieciówek przoduje H&M – 61 proc. klientów przyznało, że zrobiło tam zakupy w ciągu ostatniego pół roku. Po piętach depcze mu Reserved – 51 proc. Na trzecim miejscu jest Zara – 24 proc., dalej C&A, Orsay, KappAhl, New Yorker.
Nasz rynek przypomina rynek zachodni, z jedną różnicą – brak marek z najwyższej półki, takich jak Prada, Chanel, Louis Vuitton. Masowy klient nie odczuwa tego boleśnie.
Chociaż jesteśmy największym krajem Europy Wschodniej o przyzwoicie funkcjonującej gospodarce, to nie pojawił się u nas jeszcze magazyn „Vogue", barometr mody pierwszej ligi. Ale ile znalazłoby się u nas klientek na kostium Chanel za 16 tysięcy? Ilu reklamodawców na kilkaset stron pisma, w którym reklama płynu do zmywania nie wchodzi w grę?
Pierwsza setka
Pierwsza setka najlepiej sprzedających się w H&M artykułów (średni klient zostawia tu 90 zł) daje pewien ogląd naszych upodobań. Najwięcej sprzedaje się spodni i marynarek. – Kobiety porzucają sukienki – mówi Ewa Jarzemska z H&M. Lubią rzeczy proste, wygodne, o wzornictwie nierzucającym się w oczy. Kolory: czarny, beż. Jeśli chodzi o spodnie, to chcą nosić tylko rurki. Szerokie spodnie ani dzwony nie cieszą się powodzeniem. Hitem są balerinki, co łatwo zrozumieć, zważywszy, że ze stron magazynów mody straszą 12-centymetrowe obcasy, w których trudno chodzić na co dzień. Doskonale sprzedają się staniki push–upy. To zapewne skutek presji biuściastych gwiazd.
W Reserved (średni paragon to 80 zł) najlepiej sprzedają się spodnie rurki, buty na koturnie – stabilne, ale wydłużające sylwetkę oraz luźne tuniki. Według Moniki Kapłan Gerc, dyrektora marketingu LPP (skupia sieci Reserved, Cropp, Mojito i House, ma 1000 sklepów w 10 krajach), polskie kobiety lubią ubrania obcisłe, podkreślające sylwetkę.
Marketing mody lubi definiować swoje klientki jako kobiety niezależne, pewne siebie, odważne, które nie boją się nowości. To ma działanie psychologiczne, dowartościowuje klienta. Ale jaki on jest naprawdę?
– Marketing powtarza swoją mantrę o kobiecie dynamicznej, niezależnej i temu podobne frazesy, które nijak mają się do polskiej rzeczywistości, a sformatowane są pod potrzeby zagranicznego klienta – opowiada Kamil Owczarek, projektant Bohoboco, młodej polskiej marki, która odniosła sukces nie tylko medialny, ale i rynkowy. – W naszym butiku klientki tak się nie zachowują. To zwyczajne kobiety, pracują w księgowości, w banku. Są onieśmielone, niezdecydowane. Dopiero kiedy coś przymierzą i zobaczą, że dobrze w tym wyglądają, nabierają pewności siebie. Ale wybierają raczej rzeczy bezpieczne niż ekstrawaganckie.
Polka jest wobec siebie wyjątkowo krytyczna. Uważa, że ma niedoskonałą figurę – jest za niska, ma za mały biust, za szerokie biodra. Poszukuje nowości, a wychodzi ze sklepu z tym, co już ma w szafie.
Pewną miarą upodobań młodych kobiet jest blog Kasi Tusk, który ma 9 milionów odsłon miesięcznie. Córka premiera prezentuje się tam w kolejnych odsłonach modnych ubrań. Wszystko jest praktyczne, poprawne, ale też niewykraczające ponad przeciętność poradniczego magazynu ze średniej półki.
Singielka to mit?
Klient przeciętny istnieje tylko w statystyce. W rzeczywistości ludzie różnią się możliwościami finansowymi, miejscem zamieszkania, wiekiem, gustem. Jednak ludzie z branży zgodnie przyznają, że Polka jest człowiekiem praktycznym, który nie lubi zbytnio zaszaleć i woli nie zwracać na siebie uwagi. Najlepiej, żeby wyglądała jak sąsiadka.
Monika Kapłan-Gerc opowiada o badaniu, które pokazało, jak wyobrażenia handlowców rozmijają się z rzeczywistością. W roku 2007 LPP wprowadzało na rynek markę Mojito z myślą o mieszkających w dużym mieście kobietach, singielkach w wieku od 25 do 35 lat. – Zrobiliśmy dwa rodzaje badań. W jednym przeprowadzano wywiady, pytając kobiety o ich upodobania, marzenia, styl życia. Na podstawie tych badań zdefiniowano typ młodej „doprzodowej" dziewczyny bez zobowiązań, która traktuje życie „lajtowo", interesuje się trendami, jada sushi, chodzi do fitness, kupuje kosmetyki, prowadzi miejski tryb życia: imprezy, kluby. Jej ideałem mody jest Andrea, bohaterka filmu „Diabeł ubiera się u Prady" – wspomina.
Potem przeprowadzono badania etnograficzne. Ankieter mieszkał z osobą badaną, obserwował, jak robi ona zakupy, gdzie chodzi, co je, co ma w szafie. Singielka okazała się mitem. Dziewczyny nie chodziły ani do modnych knajp, ani do fitness, były zakompleksione i niezadowolone z własnego wyglądu. – Imprezy? – Raczej domówki – odpowiadały. – Sushi? – Raczej McDonald's i jedzenie w domu. – Modne ciuchy? – Głównie czarne rzeczy. Najchętniej taki sweterek, jak już mam i lubię.
Jest jednak pewna rosnąca grupa klientów, którzy interesują się najnowszymi trendami. Zasada – im większe miasto, tym modniejsze. Kolekcje H&M światowych projektantów, bardziej awangardowe, o mniejszym zasięgu i droższe niż zwykły towar w sklepie, najlepiej sprzedają się w dużych miastach.
– Zaskoczyło nas, że kolekcja Marni świetnie sprzedała się w Białymstoku – mówi Ewa Jarzemska z H&M. Jak często Polka robi zakupy? Najczęściej, bo co tydzień, wpada do sklepu najmłodsza grupa klientek, tych do 25. roku życia. Niekoniecznie, żeby coś kupić, po prostu rozejrzeć się za nowościami. Co miesiąc kupują te, które mają już własne pieniądze – to 40-procentowa grupa między 25. a 35. rokiem życia. Kilka razy na pół roku odwiedzają sklepy kobiety między 35. a 45. rokiem życia.
Zapytane o motywację Polki odpowiadają, że kupują to, co im się spodobało. Na drugim miejscu są cena i dobra jakość. Trendy są na ostatnim miejscu.
Rzeszów ozdobny, Kraków modny
Moda jest zjawiskiem lokalnym. Ludzie ubierają się zgodnie ze stylem życia, klimatem, nawykami.
Kraje śródziemnomorskie mają łagodniejszy klimat i bardziej eleganckie przyzwyczajenia ubraniowe. Tam więcej czasu spędza się w restauracjach, kawiarniach, w plenerze.
Skandynawowie i Niemcy, którzy żyją w ostrzejszym klimacie, lubią styl sportowy. Anglicy, odreagowując syndrom konserwatywnej tweedowej marynarki, poszli w szaleństwo awangardowej mody. Amerykanie lubią luz i wygodę. To stereotypy, ale jest w nich także spora część prawdy.
Ewę Jarzemską i Magdalenę Przybysz z H&M trudno namówić na uogólnienia, ale i one przyznają, że różnice w sprzedaży między poszczególnymi miejscami są zarówno między krajami, jak i w Polsce. Rumunia to bardziej styl moskiewski – ozdobny, błyszczący, z naciskiem na efekt, markę. Budapeszt nosi się wygodnie i nie zawsze najbardziej stylowo.
W Polsce konsumentem najbardziej trendowym jest mieszkaniec wielkich miast. Rzeszów i Szczecin lubią styl efektowny – dekolty, ozdoby. Kraków opatrzony etykietką centusia okazuje się modniejszy niż zamożniejszy i bardziej zachodni Poznań. Wrocław to miasto z usposobienia młode, gdzie wyznawców znajdują odważniejsze pomysły. Kolekcje światowych projektantów najlepiej sprzedają się w Warszawie.
– Cudzoziemki, które wchodzą do naszego butiku, zachowują się inaczej niż Polki. Łatwiej namówić je na ciuch bardziej ekstrawagancki. Ale może to kwestia ekonomiczna – dodaje Kamil Owczarek.
Coś nowego, ale to samo
Polski mężczyzna podchodzi do ubrania praktycznie i generalnie nie lubi szwendać się po sklepach. Jeżeli już musi uzupełnić garderobę, to szuka tego samego, co już ma.
Wiedzą to marketingowcy i pewnie dlatego działy męskie umieszcza się zawsze najbliżej wejścia. Bo faceta na pierwsze czy drugie piętro trudno byłoby zaciągnąć. – Polak, gdy się przyzwyczai do marki, lubi do niej wracać – tłumaczy Monika Kapłan-Gerc z LPP.
W męskiej grupie badanych, takich, którzy chodziliby do sklepu raz na tydzień, nie ma prawie wcale. Co miesiąc robi zakupy jedna czwarta panów między 15. a 34. rokiem życia. Prawie połowa deklaruje zakupy kilka razy na pół roku. Panowie korzystają również z pomocy żon, które chętnie wyręczają ich w tej czynności.
Chociaż na rynku nie brak informacji o najnowszych trendach, dla mężczyzn nie mają one wielkiego znaczenia. Najbardziej liczy się, żeby dana rzecz im się podobała.
A jednak coraz więcej mężczyzn odważa się na więcej niż szare spodnie i niebieską koszulę. – Zaglądam na wystawę, patrzę na odważną kompozycję, wracam do swojego, ale coś we mnie zakiełkowało – tak opisuje zachowanie młodego mężczyzny Dariusz Zieliński, ekspert mody męskiej, konsultant multibrandu Van Graaf. – Jeszcze decyzji nie podejmuje, ale widzi szczegóły. Wystawa go ośmiela. Znam osoby, które kupują komplet z wystawy – dodaje.
Zdaniem Moniki Kapłan-Gerc wzorzec mężczyzny się zmienia.
Różnice w ubraniu między mężczyzną i kobietą, szczególnie w najmłodszym pokoleniu, się zacierają. Rurki, bluzy, T-shirty, trampki to stroje uniseks.
Gorzej ze starszymi. O ile elegancja polskich kobiet cieszy się dobrą opinią, o tyle mężczyzna uważany jest wciąż za niemodnego i zapuszczonego. – Rozmawiałam z Markiem Tungate, autorem książki „Fashion brands from Armani to Zara". Opisuje w niej między innymi nawyki ubraniowe różnych nacji w Europie. Według niego polscy mężczyźni są dużo bardziej zaniedbani niż kobiety – twierdzi Monika Kapłan-Gerc.
Zamożność Polaków rośnie. Takich, którzy zarabiają ponad 20 tys. miesięcznie, jest 50 tysięcy, ponad pół miliona ma dochód od 7 do 20 tysięcy.
Nasza siła nabywcza pozostaje jednak wciąż dwa razy mniejsza niż Irlandczyków i Szwedów, o jedną czwartą mniejsza niż Czechów. Ale i to wystarcza, żeby nieźle prosperowały u nas sklepy, w których ceny za konfekcję oscylują wokół kilkuset złotych, za płaszcz płaci się ponad tysiąc i więcej.
Kupują ci, dla których garnitur Ermenegildo Zegna czy sukienka Lanvin są jeszcze za drogie, ale którzy chcą pokazać się w czymś lepszym niż H&M i Zara. „Jakość za przystępną cenę" – to dewiza multibrandu Van Graaf, który otworzył pierwszy sklep we Wrocławiu w roku 2001, a obecnie ma wielkopowierzchniowe sklepy w Katowicach, Poznaniu, Warszawie, a w nich 200 marek.
W tym takie, które w Polsce uchodzą za szpanerskie, jak Tommy Hillfiger, Joop, Boss, Ralph Lauren. Niezłej jakości, o niezbyt ekstrawaganckiej stylistyce, z widocznym logiem niosą w sobie ładunek elegancji wystarczający dla zaspokojenia aspiracji wielkomiejskich 30-, 40- i 50-latków. Tych, którym po spłaceniu kredytu mieszkaniowego zostaje jeszcze nawis gotówki...
Skromny luksus
Szczególnym fenomenem jest Ralph Lauren. Koszula, polo, sweter czy choćby bejsbolówka z graczem w polo to symbol statusu może nawet bardziej w wydaniu męskim niż damskim. Lauren, alias Ralph Lifshitz, bystry biznesmen z Nowego Jorku, zrozumiał wcześniej niż inni, że moda nie polega już na tym, żeby wyglądać inaczej niż inni. Teraz trzeba wyglądać podobnie jak inni. Wyczuł gusty Amerykanów, którzy pragnęli elegancji europejskiej klasy wyższej. Wyposażeni w walizki z aligatora, ubrani w płaszcze z wielbłądziej wełny mieli poczuć się jak arystokraci z Mayflower. Tajemnicą sukcesu stało się połączenie dwóch stylów: amerykańskiego sportowego z wdzięcznie konserwatywnym „new england". Kraty, paski, tweedy, kwiatowe wzory liberty zmiękczyły funkcjonalizm sportowy made in USA. Marka, która ma prawie 20 linii, od najbardziej luksusowych po popularne, zawdzięcza sukces umiejętnemu marketingowi. Nie płaszcze z wielbłądziej wełny, ale koszule, bluzy i polo z charakterystycznym znaczkiem.
W Stanach Polacy chętnie kupują w outletach i sprzedają na Allegro. Wyszukiwarka znajduje ponad 9 tys. artykułów RL. Doganiamy Europę ubrani w amerykańskie ciuchy. – Tak jest na całym świecie – mówi Dariusz Zieliński, konsultant Van Graaf w Agencji Primum Public Relations.
Kupując markę, kupujemy styl życia. Ralph Lauren to marka bezpieczna i taka, która coś mówi innym. W Polsce mamy potrzebę emblematów. Nie było u nas klubów jak w Anglii ani uniwersytetów z ich akademickimi oznaczeniami – krawatami, swetrami – jak w Stanach. Teraz moda ten brak nadrabia.
Autorka jest dziennikarką i publicystką, zajmuje się modą i stylem życia