Mieszkają koło nas, ale pewnie lepszym słowem jest słowo „obok", a może nawet „bardzo obok", oddzieleni murem niechęci, obaw i złej legendy. Jeszcze ?60 lat temu Romowie byli nomadami. Cywilizacja jednak i ich nie oszczędziła; wbiliśmy ich siłą polityki socjalistycznego państwa w status ludzi osiadłych; mieszkają więc w zaznaczonych na mapie miejscach, ale przecież inaczej niż my, którzy myślimy o sobie, że jesteśmy pełnoprawnymi Polakami, Słowakami, Węgrami, Rumunami.
Widzimy ich zwykle w świetle stereotypu. Romowie muszą grać na skrzypkach albo wróżyć, żebrać albo kraść. Czy mogą robić coś innego? Czy potrafią się odnajdywać w innych rolach społecznych? Na takie pytanie zwykle nie znajdujemy odpowiedzi. A przecież są fascynujący. Pamiętam, ile dusiłem w sobie różnych emocji, strachu, ale też ciekawości, obaw, fascynacji, kiedy jako dzieciak wędrowałem obok zamieszkanych przez nich bloków na nowohuckich osiedlach. Mieszkali kilkaset metrów ode mnie, ale wybierałem się do nich, jakby to był odległy, egzotyczny świat. Po podwórkach biegały grupy ciemnoskórych, umorusanych dzieci. Przed blokami na wydeptanych trawnikach siedziały bosonogie kobiety w chustach. Przy balkonach kołysali się na krzesłach śniadzi mężczyźni.