Gdyby istotnie w stolicy miało dojść do wystawy van Gogha, trąbiono by o tym co najmniej z rocznym wyprzedzeniem. Nie byłoby mowy o ekspozycji pod namiotem, na błoniach przy stadionie. W grę wchodziłoby tylko któreś z najszacowniejszych muzeów. Ubezpieczenie dzieł jednego z najsłynniejszych (i najdroższych) artystów wszech czasów wymagałoby gwarancji rządowych (żadne nasze muzeum nie zdołałoby unieść takich kosztów). Byłaby długa lista sponsorów, konferencje prasowe zapowiadające wydarzenie, może sympozja naukowe.