Reklama

Memches: Kłamstwo romantyzmu

Miłość romantyczna w naszych czasach wydaje się passé.

Aktualizacja: 14.02.2016 20:20 Publikacja: 11.02.2016 23:45

Memches: Kłamstwo romantyzmu

Foto: Fotorzepa, Waldemar Kompała

Skoro przygodne kontakty seksualne w społeczeństwach zachodnich stały się czymś powszechnym, to wzniosłe, szlachetne zamiary łatwo obśmiać. Wydaje się zatem, że fizjologia z coraz większą łatwością wypiera poezję.

Może jednak to zbyt cyniczna perspektywa. Owszem, ludzie w dążeniu do szczęścia coraz rzadziej oglądają się na różne konwenanse, niemniej wciąż zawierają małżeństwa lub przynajmniej żyją w konkubinatach. Płodzą potomstwo – naturalnie lub z in vitro. Zakładają rodziny, nawet jeśli nie brakuje wśród nich patchworkowych. Tylko takie konserwatywne instytucje jak Kościół katolicki próbują stawiać wszelkim liberalnym tendencjom obyczajowym opór poprzez rozmaite zakazy i nakazy.

Nie ulega wątpliwości, że we współczesnej kulturze szczęście w związku dwojga osób jest równoznaczne z namiętnościami, które ich łączą. Jeśli brakuje ognia, związek można uznać za wypalony. A skoro tak, nie warto go dłużej ciągnąć. W tej sytuacji nie ma czegoś takiego jak zdrada małżeńska: człowiek powinien być bowiem uczciwy wobec samego siebie – wierny swoim uczuciom, a nie osobie, której ślubował, że jej nie opuści aż do śmierci.

Z tego więc wynika, że miłość romantyczna bynajmniej nie stała się czymś anachronicznym. Nie można jej bowiem kojarzyć wyłącznie z dawnymi poetyckimi uniesieniami, które są obce stąpającym twardo po ziemi i hołdującym prostym przyjemnościom mieszczuchom XXI stulecia. Szwajcarski myśliciel Denis de Rougemont w opublikowanej w roku 1939 książce „Miłość a świat kultury zachodniej" zwrócił uwagę na jedną z legend, które w dużym stopniu ukształtowały mentalność Europejczyków.

To opowieść o Tristanie i Izoldzie. Spożyli oni wspólnie magiczny napój, w rezultacie czego połączyła ich namiętność. Cała sekwencja wydarzeń okazała się tragiczna, ponieważ Izolda miała zostać – i została – żoną króla Marka. Mamy tu zatem usprawiedliwienie wiarołomstwa w imię „prawdziwej" – a nie wynikającej z jakichś zobowiązań – miłości.

Reklama
Reklama

I tak w masowej wyobraźni europejskiej zadomowił się trójkąt złożony z męża, żony i jej kochanka (rzecz jasna mogą być też inne konfiguracje). W takim układzie negatywną rolę odgrywa z reguły mąż. Nie umie on bowiem zaspokoić potrzeb żony, dając jej pretekst do wyrwania się z „niewoli" małżeństwa i ucieczki w ramiona kochanka. W epoce filmowego melodramatu taki scenariusz był przerabiany wielokrotnie.

Jesteśmy więc spadkobiercami nie tylko romantycznej mitologii, ale i znacznie starszego zjawiska w kulturze europejskiej – gnozy. Ta, mająca swoje źródła w starożytności, wielonurtowa tradycja religijno-filozoficzna od dwóch tysiącleci toczy – poprzez takie „wrzutki" jak opowieść o Tristanie i Izoldzie – wojnę z chrześcijaństwem. Na gruncie gnozy zły Demiurg uwięził człowieka w ciele, w doczesności, skazując go na życie ograniczone moralnością, więziami społecznymi, instytucjami. Tu warto przywołać wydaną w roku 2008 książkę „Kobieta i mężczyzna. O mistyce ciała" Fabrice'a Hadjadja, francuskiego pisarza pochodzenia żydowskiego, który w dorosłym wieku przeszedł na katolicyzm.

Autor zwrócił w niej uwagę na to, że współcześnie za głównego wroga cielesności uchodzi chrześcijaństwo, bo rzekomo podejrzliwie traktuje chociażby ludzkie potrzeby seksualne. Ale to nieprawda – wyjaśnia Hadjadj – bowiem akurat taki zarzut uzasadniony jest w odniesieniu do współczesnej kultury, która inspiruje się gnozą. I trudno się z tym nie zgodzić.

Kościół w swoim nauczaniu dotyczącym małżeństwa przywiązuje do seksu i płodności olbrzymią wagę. Wyraża przekonanie, że podtrzymywanie bliskości fizycznej między mężem i żoną jest wręcz warunkiem udanego związku, niezależnie od małżeńskich kryzysów. Po przeciwnej stronie mamy zaś postulat wyzwolenia się z ograniczeń natury. Bo przecież „plugawe" ciało potrafi zaskakiwać takimi przykrymi niespodziankami, jak niechciana ciąża. Współczesna gnoza oferuje na to „profilaktykę" – antykoncepcję, i „lekarstwo" – aborcję.

Potęga miłości romantycznej sprowadza się zatem do złudzeń, którymi karmi ludzi. Zamiast skłaniać ich do mierzenia się z wyzwaniami rzeczywistości – na przykład rozwiązywania z bożą pomocą problemów małżeńskich – roztacza przed nimi wizje, których poważne traktowanie przynosi opłakane skutki.

PLUS MINUS

Reklama
Reklama

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95

Plus Minus
Koniec „Stranger Things” – dlaczego stylistyka retro rządzi serialami i filmami
Plus Minus
„Dwaj prokuratorzy”: Przeszłość, która niepokoi
Plus Minus
„Highlands Fishing”: Moje pole!
Plus Minus
„Dandadan”: Poznaj moich kosmitów
Plus Minus
Teatralne perły (nie tylko dla konserwatysty)
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama