Skoro przygodne kontakty seksualne w społeczeństwach zachodnich stały się czymś powszechnym, to wzniosłe, szlachetne zamiary łatwo obśmiać. Wydaje się zatem, że fizjologia z coraz większą łatwością wypiera poezję.
Może jednak to zbyt cyniczna perspektywa. Owszem, ludzie w dążeniu do szczęścia coraz rzadziej oglądają się na różne konwenanse, niemniej wciąż zawierają małżeństwa lub przynajmniej żyją w konkubinatach. Płodzą potomstwo – naturalnie lub z in vitro. Zakładają rodziny, nawet jeśli nie brakuje wśród nich patchworkowych. Tylko takie konserwatywne instytucje jak Kościół katolicki próbują stawiać wszelkim liberalnym tendencjom obyczajowym opór poprzez rozmaite zakazy i nakazy.
Nie ulega wątpliwości, że we współczesnej kulturze szczęście w związku dwojga osób jest równoznaczne z namiętnościami, które ich łączą. Jeśli brakuje ognia, związek można uznać za wypalony. A skoro tak, nie warto go dłużej ciągnąć. W tej sytuacji nie ma czegoś takiego jak zdrada małżeńska: człowiek powinien być bowiem uczciwy wobec samego siebie – wierny swoim uczuciom, a nie osobie, której ślubował, że jej nie opuści aż do śmierci.
Z tego więc wynika, że miłość romantyczna bynajmniej nie stała się czymś anachronicznym. Nie można jej bowiem kojarzyć wyłącznie z dawnymi poetyckimi uniesieniami, które są obce stąpającym twardo po ziemi i hołdującym prostym przyjemnościom mieszczuchom XXI stulecia. Szwajcarski myśliciel Denis de Rougemont w opublikowanej w roku 1939 książce „Miłość a świat kultury zachodniej" zwrócił uwagę na jedną z legend, które w dużym stopniu ukształtowały mentalność Europejczyków.
To opowieść o Tristanie i Izoldzie. Spożyli oni wspólnie magiczny napój, w rezultacie czego połączyła ich namiętność. Cała sekwencja wydarzeń okazała się tragiczna, ponieważ Izolda miała zostać – i została – żoną króla Marka. Mamy tu zatem usprawiedliwienie wiarołomstwa w imię „prawdziwej" – a nie wynikającej z jakichś zobowiązań – miłości.