Reklama

Polityczna historia mistrzostw Europy w piłce nożnej

Trwające mistrzostwa Europy przypadają na okres kłopotów Unii Europejskiej, problemów z imigrantami i upadku wiarygodności FIFA i UEFA. Ale kiedy patrzy się w przeszłość, imprezie tej często towarzyszyły trudności.

Aktualizacja: 12.06.2016 07:08 Publikacja: 09.06.2016 13:55

W trakcie eliminacji do Euro 1992 rozpadł się Związek Radziecki i jego reprezentacja zagrała w finał

W trakcie eliminacji do Euro 1992 rozpadł się Związek Radziecki i jego reprezentacja zagrała w finałach jako drużyna Wspólnoty Niepodległych Państw (CIS). Na zdjęciu Igor Dobrowolski i Holender Rob Witschge

Foto: Getty Images

Europa nie tylko długo broniła się przed takim turniejem, ale też jest ostatnim kontynentem, na którym powstała federacja piłkarskich związków krajowych. Jules Rimet uważał, że skoro stoi na czele FIFA, organizacji światowej, mającej siedzibę w Paryżu, a sam jest Francuzem, to federacja europejska jest mu niepotrzebna. Tym bardziej że mogłaby mu się pod bokiem zanadto szarogęsić. W rezultacie futbolowa Europa stała w miejscu, a inne kontynenty parły do przodu. Federacja południowoamerykańska powstała w roku 1916 i w tym samym rozegrano pierwsze mistrzostwa kontynentu. Równo przed stu laty.

W Europie sytuacja zmieniła się po II wojnie światowej. Z jednej strony przez kilka lat Europejczykom towarzyszyło poczucie zagrożenia kolejną wojną, tym razem między niedawnymi sojusznikami. Z drugiej – szczególnie na Zachodzie była wola porozumienia, aby groźbę konfliktu zbrojnego odsunąć. W roku 1952 w Paryżu powstała Europejska Wspólnota Węgla i Stali, od której rozpoczęła się integracja powojennej Europy. Dwa lata później, kiedy w Szwajcarii odbywały się mistrzostwa świata, w Bazylei działacze piłkarscy podjęli decyzję o powołaniu do życia UEFA. Grupę inicjatywną stanowiły Belgia, Francja i Włochy.

Francuskie pomysły

Jules Rimet, którego zasługi dla rozwoju FIFA i mundiali są niezaprzeczalne, w roku 1954 miał 81 lat. Wręczenie pucharu kapitanowi mistrzów świata Fritzowi Walterowi było ostatnią oficjalną uroczystością z jego udziałem. Dwa lata później zmarł, zabierając do grobu wspomnienia z pionierskiego okresu futbolu. Kiedy zaproponowano jego kandydaturę do Pokojowej Nagrody Nobla, stanowczo odmówił. W ostatnich latach życia Rimet stał się hamulcowym postępu, nienadążającym za zmianami w Europie.

Francuzi pozostali jednak liderami tych zmian. Rimet nazywany jest „ojcem mundiali" a, jego starszy rodak Pierre de Coubertin wskrzesił igrzyska olimpijskie. W latach 50. ich tropem poszli inni rodacy. Wprawdzie na pierwszego prezydenta UEFA wybrano Duńczyka Ebbe Schwartza, ale funkcje sekretarza generalnego powierzono wieloletniemu współpracownikowi Jules'a Rimeta – Henriemu Delaunayowi. Puchar, o który walczą reprezentacje w mistrzostwach Europy, nosi jego imię.

Reklama
Reklama

Po śmierci Delaunaya w roku 1955 funkcję sekretarza UEFA przejął jego syn Pierre. Nie było mowy o nepotyzmie. Ojciec trafił do UEFA z Francuskiej Federacji Piłkarskiej i syn też. Obydwaj mieli doświadczenia i znajomości w całej piłkarskiej Europie.

To nie przypadek, że mniej więcej w tym samym czasie dobry znajomy Delaunayów, były reprezentant Francji, a wówczas dziennikarz prestiżowego pisma sportowego „L'Equipe" Gabriel Hanot oraz jego alter ego Jacques Ferran rzucili pomysł zorganizowania turnieju pomiędzy klubami, mistrzami krajów europejskich. Rozgrywki rozpoczęły się w sezonie 1955/1956, a ich współczesną formą jest Liga Mistrzów. Hanot, jako redaktor naczelny innego pisma, które stało się legendą – „France Football", zaproponował przyznawanie na zakończenie roku kalendarzowego nagrody najlepszemu piłkarzowi Europy. W ten sposób powstała Złota Piłka (przyznana pierwszy raz w roku 1956), najcenniejsza nagroda indywidualna w drużynowym sporcie. Tak ważna, że w roku 2010 FIFA przejęła ją od redakcji, mając świadomość, że sama nie ustanowi niczego równie nobilitującego.

To wszystko, co działo się w europejskim futbolu połowy lat 50. ubiegłego wieku wiązało się z sytuacją polityczną. Kiedy 15 czerwca 1954 roku delegaci siadali w Bazylei do rozmów, których efektem stało się powstanie UEFA, nie wiedzieli, że niecałe trzy tygodnie później tytuł mistrza świata zdobędą Niemcy Zachodnie. Od pięciu lat istniało NATO, rok później powstał Układ Warszawski. Do Bazylei nie dotarli delegaci Rumunii, ponieważ odmówiono im wiz szwajcarskich. Wśród członków założycieli UEFA znalazły się nie tylko obydwa państwa niemieckie, ale i Saara, niemiecki land będący przez 10 lat po wojnie pod francuskim protektoratem.'

Jej trenerem był wówczas Helmut Schoen, człowiek, którego losy są wyjątkowo związane ze zmianami zachodzącymi w Europie. Schoen był świetnym napastnikiem, który w 16 meczach reprezentacji Niemiec strzelił 17 goli. W czasie wojny rywalizował o miejsce w niemieckiej kadrze z Ernestem Wilimowskim. Niemal przez całą karierę był związany z rodzinnym Dreznem. W barwach Dresdner SC zdobył dwukrotnie mistrzostwo Niemiec i dwa razy puchar. Po wojnie pozostał na tych terenach i w latach 1949–1950 wziął udział w pierwszych rozgrywkach Oberligi NRD. Był wtedy grającym trenerem swojego dawnego klubu, noszącego teraz nazwę SG Dresden-Friedrichstadt, z którym zdobył wicemistrzostwo NRD. W tym samym czasie, przez blisko rok, prowadził reprezentację Ostzone (Strefy Wschodniej), czyli NRD, która jednak w tym czasie nie rozegrała żadnego meczu międzypaństwowego. Musiała czekać jeszcze dwa lata. Dopiero we wrześniu 1952 reprezentacja NRD rozpoczęła swoją historię, meczem z Polską na stadionie Wojska Polskiego w Warszawie (przegrała 0:3).

Helmut Schoen był już wtedy trenerem Saary, która w latach 1950–1956 należała do FIFA i wzięła udział w eliminacjach do mistrzostw świata, rozgrywanych w Szwajcarii (1954). Jednym z jej przeciwników była Republika Federalna Niemiec. Schoen siedział na jednej ławce trenerskiej, a Sepp Herberger, jego nauczyciel z niemieckiej kadry, na drugiej. Saara przegrała 0:3 i 1:3, a obydwa mecze, w Stuttgarcie i Saarbruecken, oglądało za każdym razem ponad 50 tysięcy widzów, pragnących rozrywki po wojennej traumie.

Po tych mistrzostwach Schoen został asystentem Herbergera, wyjechał z nim na dwa mundiale, a od roku 1964 był już pierwszym trenerem reprezentacji RFN. Po latach zdobył z nią tytuły mistrza świata i Europy.

Reklama
Reklama

Rylski nie przetarł szlaku

Polska nie znalazła się w gronie państw-założycieli UEFA (obserwatorem kongresu założycielskiego był sędzia międzynarodowy i dziennikarz „Przeglądu Sportowego" Grzegorz Aleksandrowicz), ale przystąpiła do organizacji kilka miesięcy później, w roku 1955. Polski Związek Piłki Nożnej wtedy nie istniał. Była tylko Sekcja Piłki Nożnej przy Głównym Komitecie Kultury Fizycznej, zgodnie ze strukturą sportu na radziecką modłę. Mimo to polski działacz Leszek Rylski został wybrany na członka Komitetu Wykonawczego UEFA. Pełnił tę godność dwukrotnie, w sumie przez 12 lat (1956–1964 i 1966–1968). Żaden inny Polak nigdy po nim takiego zaszczytu nie dostąpił, mimo że kilku się starało (na ulotce reklamowej skierowanej do wyborców Grzegorz Lato jako jeden z atutów wymienił to, że jest rodakiem papieża).

Rylski w rozmowie z „Rzeczpospolitą" wspominał, jak to się wszystko zaczęło: „Nim UEFA powstała, utworzono według klucza geograficznego tzw. grupy porozumiewawcze, dyskutujące o przyszłości europejskiego futbolu. Swoje mieli Brytyjczycy, Skandynawowie, bardzo silne było tzw. Porozumienie Florenckie zrzeszające Włochy, Francję i Hiszpanię. Z inicjatywy Związku Radzieckiego powstała grupa siedmiu państw demokracji ludowej, czyli całej Europy Wschodniej, z wyjątkiem Jugosławii, która stała z boku, ale sprzyjała Porozumieniu Florenckiemu. Brałem udział w jej pracach z ramienia Polski. Byłem też członkiem grupy, która opracowywała zasady mistrzostw Europy. Spotykaliśmy się w różnych miejscach Europy, często przy okazji meczów pucharowych. W Madrycie gościł nas Santiago Bernabeu, na stadionie swojego imienia".

Dziś o finały mistrzostw Europy biją się wszyscy. Ponad pół wieku temu w wielu europejskich krajach stosunek do tej rywalizacji był daleki od entuzjazmu. Kiedy na kongresie UEFA w Lizbonie w roku 1956 przedstawiono projekt rozgrywek o mistrzostwo Europy, poparło go zaledwie 14 z 31 członków, w tym Polska. Wśród przeciwników znalazły się federacje z Wysp Brytyjskich, z wyjątkiem Irlandii. Mniej więcej w tym samym czasie rozpoczynały się rozgrywki o Puchar Mistrzów, które również nie wszystkim się podobały. Ostatecznie do eliminacji I mistrzostw Europy, nazwanych Pucharem Narodów, przystąpiło 17 krajów.

Z udziału w rywalizacji zrezygnowały m.in. Anglia i Niemcy, które były przecież mistrzem świata. Przypadek Anglików to recydywa. Do wojny nie brali udziału w mistrzostwach świata, uznając swoją wyższość bez konieczności wychodzenia na boisko. Po wojnie zdanie w tej kwestii zmienili, ale znaleźli inne przeszkody. Zresztą, kiedy w roku 1955 rozpoczynały się rozgrywki klubowe, Chelsea jako mistrz Anglii też nie widziała potrzeby angażowania się w rywalizację, której przyszłość jest niepewna. Nawiasem mówiąc, UEFA, szukając chętnych, wystosowała wówczas zaproszenie do Gwardii Warszawa, która nigdy nie była mistrzem Polski. Milicyjna Gwardia stała się w ten sposób pierwszym polskim uczestnikiem europejskich rozgrywek pucharowych. Dziś ten klub, który wychował reprezentantów Polski oraz mistrzów olimpijskich, gra w klasie B i nie ma nawet swojego boiska.

Jak Franco z Chruszczowem

Pierwszym przeciwnikiem Polaków w eliminacjach okazali się Hiszpanie. Siedmiu piłkarzy z Barcelony (m.in. najlepszy w Europie Luis Suarez) i dwóch z Realu (Alfredo di Stefano, Francisco Gento). Ludzie z innego świata przylecieli samolotem do Warszawy. Spędzili tu prawie dwa dni, zwiedzili miasto i Stadion Dziesięciolecia, wsiedli w pociąg, którym pojechali do Katowic. Mecz rozgrywano na Stadionie Śląskim. Nie mogli polecieć tam samolotem, ponieważ lotnisko Pyrzowice należało do wojska i nie przyjmowało samolotów cywilnych. Był rok 1959. Kiedy w 2014 Real rozgrywał pokazowy mecz z Fiorentiną na Stadionie Narodowym, przyleciał na Okęcie swoim samolotem czarterowym kilka godzin wcześniej i tego samego dnia wieczorem wrócił do Madrytu.

Hiszpanie oczywiście pokonali Polaków dwukrotnie: 4:2 w Chorzowie i 3:0 w Madrycie, jednak na tym zakończyli udział w mistrzostwach. Ich następnym przeciwnikiem miał być Związek Radziecki. W tamtym czasie obydwa kraje nie utrzymywały stosunków dyplomatycznych, generał Franco postrzegany był na Wschodzie jako wcielenie faszystowskiego diabła. Rząd hiszpański (a więc Franco) podjął decyzję o niewysyłaniu reprezentacji na mecz do Moskwy i odmówił przyjęcia radzieckich piłkarzy w Madrycie.

Reklama
Reklama

Efektem takiej decyzji stał się walkower, nałożony przez UEFA, co otworzyło Rosjanom drogę do finałów. Odbywały się w lipcu 1960 roku w Paryżu, z udziałem czterech drużyn: Francji, Jugosławii, ZSRR i Czechosłowacji. Taki zestaw sprawił, że na Zachodzie (poza Francją) turniej nie wzbudził większego zainteresowania. W krajach socjalistycznych natomiast wychwalano go pod niebiosa. Tym bardziej że w finale ZSRR pokonał Jugosławię 2:1, po dogrywce. To były wtedy prawdziwe potęgi. Brały udział w finałach mistrzostw świata i nie schodziły z podium olimpijskiego.

Radzieckiej bramki strzegł Lew Jaszyn, uważany za najlepszego bramkarza w historii. Barwna i sympatyczna postać. Grał w milicyjnym klubie Dynamo, który wymyślił w latach 20. Feliks Dzierżyński. Przed wyjściem na boisko lubił zapalić ulubionego biełomora, a kiedy było zimno, wypijał stakanczik wódki. Bronił jak w transie. Miał poczucie humoru, które wywoływało uśmiech nawet u premiera Aleksieja Kosygina, co wydawało się niemożliwe. Był jedną z najbardziej sympatycznych postaci Związku Radzieckiego i jego prawdziwym ambasadorem w świecie. Jego popularność przebił dopiero Jurij Gagarin.

Związek Radziecki dotarł także do finału II mistrzostw Europy, które w roku 1964 odbywały się w Madrycie i tym razem nie mogło być mowy o bojkotach. Tym bardziej że Hiszpania, przeżywająca kłopoty gospodarcze, otworzyła się nieco na świat. W decydującym meczu na stadionie Santiago Bernabeu spotkała się więc Hiszpania caudillo Franco z Krajem Rad Nikity Chruszczowa. Hiszpanie zwyciężyli 2:1 i aż do roku 2008 był to ich jedyny sukces w imprezie rangi mistrzostw świata lub Europy.

W latach późniejszych takich piłkarsko-politycznych porównań było mniej, ponieważ konfliktów w Europie ubywało, zimna wojna powoli wygasała, a żelazna kurtyna coraz częściej się uchylała. Niektórym meczom towarzyszyła jednak atmosfera wojny, jaką piłkarze toczą z wrogami w imieniu swoich rodaków. Tak działo się zawsze w spotkaniach reprezentacji państw krajów socjalistycznych ze Związkiem Radzieckim, które nigdy zwykłymi spotkaniami nie były. W roku 1976, osiem lat po agresji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację, w ćwierćfinale reprezentacja tego kraju zmierzyła się z ZSRR. Obydwa mecze: w Bratysławie i Kijowie (ZSRR miał „kamandę" opartą na tamtejszym Dynamie), przypominały wojnę na boisku i trybunach. Połączeni w jednej drużynie Czesi i Słowacy mieli chyba więcej motywacji. Wygrali 2:0 w Bratysławie, zremisowali 2:2 w Kijowie, podczas turnieju finałowego pokonali Holandię z Johanem Cruyffem, a w finale Niemców z Franzem Beckenbauerem. To wtedy Antonin Panenka wykonał rzut karny, który przeszedł do historii futbolu. Czesi nawet nie mają pamiątkowego zdjęcia w koszulkach narodowych, bo szybko włożyli niemieckie – wymienione z przeciwnikami.

W historii „przyjacielskich" kontaktów Polski ze Związkiem Radzieckim jest też jeden, mało znany epizod. Eliminacje do mistrzostw Europy we Francji (1984) przypadły na lata 1982–1983, czyli po stanie wojennym w Polsce. Los przydzielił nam ZSRR, z którym zremisowaliśmy w Chorzowie i przegraliśmy w Moskwie. Po tych meczach nie mieliśmy już szans na awans. Walkę o to Rosjanie toczyli z Portugalczykami, którzy przedostatni mecz rozgrywali we Wrocławiu i musieli wygrać. I wygrali, bo polscy piłkarze „nie dali z siebie wszystkiego". Portugalia pokonała później Rosjan i dotarła do półfinału mistrzostw. A kibicowała jej cała Polska.

Reklama
Reklama

Czempioni z plaży

Mistrzostwa Europy, które być może miały najwięcej związków z polityką, odbyły się w roku 1992 w Szwecji. Europa znajdowała się wciąż w fazie „wiosny ludów", rozpadł się Związek Radziecki, kraje Europy Wschodniej i Środkowej odrzuciły komunizm. Po połączeniu się dwóch państw niemieckich Franz Beckenbauer powiedział: – Teraz na boisku będziemy niezwyciężeni przez długie lata. Pierwszym dowodem miały być finały w Szwecji.

UEFA stanęła przed problemami, jakich do tej pory nie miała. Do eliminacji przystąpiła reprezentacja ZSRR, ale kiedy wywalczyła awans, już takiego państwa nie było. Ostatecznie dawny Związek Radziecki wystąpił w turnieju jako Wspólnota Niepodległych Państw. Na koszulkach zamiast dobrze znanego od dziesięcioleci napisu CCCP oraz sierpa i młota pojawiły się literki CIS. Ironia losu – to angielska nazwa Commonwealth of Independent States. W takich koszulkach bardzo dobrzy piłkarze, występujący w większości w zachodnich klubach zawodowych, nie mieli już waleczności Tamańskiej Dywizji Pancernej, nie wygrali ani jednego z trzech meczów. Specjalnie się tym nie przejęli, bo nie wiadomo, jaki kraj reprezentowali i rozjechali się do swoich klubów, gdzie płacono im w lepszej walucie niż rubel.

Ale to nic w porównaniu z sytuacją, w jakiej znaleźli się piłkarze Jugosławii i Danii. Na Bałkanach toczyła się wojna domowa, w wyniku której ONZ nałożyła na Jugosławię sankcje międzynarodowe, wśród których znalazł się zakaz kontaktów sportowych. Mimo że jugosłowiańscy piłkarze przygotowywali się już w Szwecji do turnieju, zmuszeni zostali do powrotu do kraju.

Zgodnie z regulaminem ich miejsce powinna zająć druga drużyna z tej samej grupy eliminacyjnej, czyli Dania. Ale większość duńskich graczy przebywała na wakacjach. Odszukanie ich na egzotycznych plażach w ciągu kilku dni, powiadomienie i sprowadzenie do Kopenhagi (a telefony komórkowe jeszcze nie były w powszechnym użyciu), a potem doprowadzenie do formy stanowiło dla trenera Richarda Moellera-Nielsena poważne wyzwanie.

Ta historia jest powszechnie znana jako jeden z ostatnich przykładów futbolowego romantyzmu. Opaleni, rozleniwieni Duńczycy, wspierani przez tysiące rodaków, którzy przeprawiali się co kilka dni promami przez cieśninę Sund, „przybyli, zobaczyli, zwyciężyli". W finale Dania pokonała aktualnych mistrzów świata – Niemców, którzy, zdaniem Franza Beckenbauera, mieli być niezwyciężeni przez dziesięciolecia.

Reklama
Reklama

Bez Platiniego

Stabilizacja polityczna w Europie sprawia, że od lat emocje sportowe, towarzyszące mistrzostwom, są najważniejsze. Pojawiły się jednak zagrożenia innego rodzaju. Po chuliganach – islamscy terroryści. Może się też okazać, że Anglia, która przystąpi do turnieju jako członek Unii Europejskiej, będzie opuszczała Francję jako kraj już z nią niezwiązany. Referendum w sprawie Brexitu odbędzie się na Wyspach Brytyjskich 23 czerwca. We Francji akurat zakończy się faza grupowa.

Wstydem dla futbolu jest inna sytuacja. Francuzi mistrzostwa Europy wymyślili, Francuzi stali na czele FIFA i UEFA, Francuz był ostatnim prezydentem UEFA, który odszedł w niesławie, oskarżony o korupcję. Michel Platini, niegdysiejsza duma i sława Francuzów, będzie mógł pójść na stadion, jeśli kupi sobie bilet. Pierwszy raz w historii mistrzostw Europy Pucharu Henriego Delaunaya, w dodatku w stolicy Francji, nie wręczy prezydent UEFA, ponieważ go nie ma, a następnego, uczciwego, trudno znaleźć. Patron trofeum przewraca się w grobie.

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95

Plus Minus
Ksiądz pedofil wykorzystywał Monikę jak tylko mógł. Zmowa milczenia i zaniedbania biskupów
Plus Minus
„Źródło czerni”: Polska w ciemnościach
Plus Minus
„Cartaventura: Lhasa”: Wyprawa po kartach
Plus Minus
„Jay Kelly”: Ostatnia gwiazda kina
Plus Minus
„Wysokie i niskie tony”: Bracia z różnych światów
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama