Nauki polityczne nie są oczywiście żadną nauką, o czym mogę wszystkich zapewniać, skoro sama jestem politologiem. Studiowałam ją na Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku w drugiej połowie lat 70. w Stanach toczyła się wówczas wojna między politologami, którzy chcieli unaukowić tę dziedzinę poprzez wprowadzanie metod kwantytatywnych i niezrozumiałego języka, a tradycyjnymi wykładowcami, którzy woleli stary model łączenia historii, socjologii i antropologii.

Niestety, większość sowietologów miała niewielkie pojęcie o Związku Sowieckim. Jak napisał Walter Laqueur, na poczatku lat 90. można było zauważyć paradoksalne zjawisko. Oto dziesiątki specjalistów, jeżdżących do Związku Sowieckiego przez pół wieku, analizujących gazety i przemówienia, robiących wywiady z najważniejszymi osobami w państwie i z najwybitniejszymi naukowcami: socjologami, politologami czy psychologami, bywających w ambasadach sowieckich – okazało się w błędzie.

W ciągu kilku miesięcy rozpadły się wszystkie teorie, którymi karmiono studentów i czytelników: o konwergencji społeczeństw, o tym, że sekretarze kompartii odgrywają rolę podobną do tej, którą we Francji odgrywali prefekci, że społeczeństwo jest zadowolone z dokonywanego postępu i wyzbyte okropnych cech kapitalizmu, takich jak nacjonalizm, konsumeryzm czy indywidualizm. Rozpad Związku Sowieckiego przyznał rację garstce sowietologów, którzy mieli opinię stronniczych, nieobiektywnych i antysowieckich, a którzy swoją wiedzę czerpali nie z oficjalnych źródeł, ale z przemycanych opowieści z obozów koncentracyjnych i rozmów z dysydentami. Alain Besançon, Robert Conquest, Leopold Łabędź, Martin Malia, Richard Pipes, Adam Ulam czy wymieniony wyżej Laqueur – to przykłady tych sowietologów, którzy nie mają się czego wstydzić i którym otwarcie ZSSR i jego archiwów przyznało rację. Inni jednak stworzyli całe szkoły, kształcąc uczniów, z których wielu pisze dziś o Rosji i Putinie.

Wśród najgorszych sowietologów wyróżniali się tak zwani kremlinolodzy, czerpiący swoją wiedzę przede wszystkim z tego, co wedle nich działo się na najwyższych szczeblach władzy, czyli na Kremlu. Aleksander Zinowiew, logik i w latach 70.–80. krytyk sowietyzmu (nawrócony potem na miłość do niego), wyśmiewał kremlinologów, pisząc między innymi o panice, która zapanowała wśród nich, gdy jednego dnia zaobserwowali trzykrotny wyjazd Breżniewa z Kremla, ale za to jego pięciokrotny powrót. Inny dysydent, Andrei Amalrik, który nigdy się nie nawrócił, błagał kremilonologów, by czasami wsłuchali się w głosy dysydentów, co może być dla nich równie pouczające, co głosy ryb dla ichtiologa.

Kremlinolodzy byli w uprzywilejowanej pozycji. Mogli pisać, co im ślina przyniosła na pióro. Przebijając się przez przemówienia, oświadczenia i wstępniaki gazet, tworzyli teorie, które zakładały powstawanie na Kremlu frakcji, opowiadające się bardziej czy mniej za demokracją czy rozbrojeniem. Kremlinolodzy posługiwali się językiem, którego nigdy nie używali poważni sowietolodzy. Oni wiedzieli, co „myśli", „uważa", „czuje" czy „spodziewa się" Breżniew czy Andropow. Na tej podstawie tworzyli też teorie, co powinien robić Zachód, by „nie obrazić", „nie urazić" czy „nie rozczarować" partyjnych władców ZSSR. Wielu z nich zarzucano, że szpiegują na rzecz Sowietów, przekazując w artykułach, książkach i na wykładach dezinformację sowiecką.

Sytuacja ta powtarza się do dziś. Debaty i śledztwa na temat kontaktów ludzi bliskich prezydentowi Trumpowi nie mogą ograniczyć się do tego, co Amerykanie mówili Rosjanom, ale co z tego, co Rosjanie im mówili, przenikało do wzajemnych stosunków obu krajów. Pamiętajmy, że doradcami Roosevelta przed Jałtą było dwóch sowieckich agentów: Alger Hiss i Oskar Lange.

Magazyn Plus Minus

PLUS MINUS

Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:

prenumerata.rp.pl/plusminus

tel. 800 12 01 95