Coraz częściej technologia występuje w debacie publicznej niemal jako samodzielny sprawca. AI oszukuje, AI zalewa urzędy, AI wymyka się spod kontroli, AI zagraża państwu. Im bardziej autonomiczne stają się systemy, tym bardziej sugestywny jest taki język. Problem w tym, że niesie on ze sobą bardzo konkretne konsekwencje. Z pola widzenia znikają ludzie i instytucje, które system zaprojektowały, udostępniły, wdrożyły, wyznaczyły mu cel albo zdecydowały, w jakim środowisku może działać.

AI to nie młotek, ale pytanie o to, kto powinien ponieść odpowiedzialność pozostaje

Oczywiście współczesny agent AI jest czymś znacznie bardziej skomplikowanym niż młotek. Może wykonywać wieloetapowe zadania, sam dobierać środki i podejmować działania, których człowiek nie przewidział w każdym szczególe. Nie zmienia to jednak podstawowych pytań prawnych – kto miał nad tym systemem kontrolę, kto stworzył ryzyko, kto miał obowiązek je ograniczyć i kto powinien ponieść odpowiedzialność, gdy tego nie zrobił?

Czytaj więcej

Pamela Krzypkowska, szefowa Komisji ds. AI: Za czarną skrzynką stoi człowiek

Gdy podczas testów agent AI przełamuje zabezpieczenia, wydostaje się poza wyznaczone środowisko i uzyskuje dostęp do systemów, do których nie powinien mieć dostępu, najbardziej interesujące pytanie nie brzmi: „jak niebezpieczna stała się sztuczna inteligencja?”. Powinniśmy pytać, kto zaprojektował eksperyment, jakie zabezpieczenia zastosowano, które z nich wyłączono, czy ryzyko było przewidywalne, jak sprawowany był nadzór i jakie konsekwencje poniesie podmiot odpowiedzialny za stworzenie takiej sytuacji. Odpowiedzialność nie musi oczywiście w każdym przypadku spoczywać na tej samej osobie: może dotyczyć twórcy, podmiotu wdrażającego, operatora albo użytkownika. Ale nie powinna rozpływać się w wygodnym stwierdzeniu, że „AI zrobiła coś sama”.

Znaczenie tej zmiany języka wykracza daleko poza bezpieczeństwo technologiczne. Może bowiem zdecydować również o przyszłości naszych praw.

Jak AI może stać się pretekstem do ograniczenia naszych praw

Dobrym ostrzeżeniem jest opublikowany w sierpniu przez „The Economist” tekst o znamiennym tytule: „How AI is breaking the British state” („Jak sztuczna inteligencja niszczy państwo brytyjskie”). Autorzy zwracają uwagę na realny problem. AI radykalnie obniża koszt korzystania z procedur, które dotychczas wymagały czasu, wiedzy i determinacji. Agent może przygotować odwołanie, sprzeciw wobec inwestycji, skargę pracowniczą, wniosek o świadczenie albo wniosek o dostęp do informacji. Może robić to szybciej, taniej i na większą skalę niż człowiek. „The Economist” określa to zjawisko mianem „agentic flooding”, zalewania państwa działaniami podejmowanymi przy pomocy agentów AI.

Diagnoza problemu jest interesująca. Znacznie bardziej niepokojące jest jednak jedno z proponowanych lekarstw.

Czytaj więcej

Bartosz Wojciechowski: AI pomoże sędziom. Ale nie zauważy, że uczestnik procesu poci się, gdy kłamie

Brytyjski tygodnik sugeruje bowiem między innymi ograniczenie narastającej przez dekady liczby praw proceduralnych, tworzenie finansowych barier dla działań wspomaganych przez AI, a nawet wprowadzenie opłaty za wnioski składane w ramach prawa dostępu do informacji. Innymi słowy, skoro technologia pozwala obywatelom łatwiej korzystać z przysługujących im praw, jednym ze sposobów ochrony państwa miałoby być uczynienie korzystania z tych praw trudniejszym. To kierunek, wobec którego powinna zapalić się czerwona lampka.

Sztuczna inteligencja ujawnia słabość państwa

Jeżeli ktoś automatycznie wysyła tysiące identycznych, bezsensownych pism wyłącznie po to, aby sparaliżować urząd, państwo powinno umieć reagować na takie zachowanie. Jeżeli ktoś przy pomocy AI dopuszcza się oszustwa, bezprawnie uzyskuje dostęp do systemu informatycznego albo świadomie wykorzystuje technologię do wyrządzania szkody, powinien ponosić odpowiedzialność. Możemy też projektować procedury lepiej, np. automatycznie identyfikować duplikaty, usprawniać obsługę wniosków, skuteczniej przeciwdziałać nadużyciom i wykorzystywać technologie również po stronie administracji.

Ale czym innym jest zwalczanie konkretnego nadużycia, a czym innym osłabianie prawa przysługującego wszystkim.

Prawo dostępu do informacji publicznej nie istnieje dlatego, że jego wykonywanie jest wygodne dla administracji. Prawo do odwołania nie zostało stworzone pod warunkiem, że większość obywateli będzie zbyt zmęczona, biedna albo niedoinformowana, żeby z niego skorzystać. Dostęp do sądu nie powinien zależeć od tego, czy napisanie pozwu wymaga kilku dni pracy, czy dzięki technologii zajmuje dwie godziny.

Jeżeli system działał sprawnie przede wszystkim dlatego, że korzystanie z praw było dla obywatela kosztowne, skomplikowane albo czasochłonne, to sztuczna inteligencja może nie tyle „psuć państwo”, ile ujawniać jego wcześniejszą słabość.

Historia praw człowieka zna zresztą podobny mechanizm. Najłatwiej dostrzec go w odniesieniu do prywatności. W imię bezpieczeństwa wielokrotnie przekonywano nas, że aby państwo mogło skuteczniej reagować na nowe zagrożenia, obywatele powinni zaakceptować kolejne ograniczenia własnej sfery prywatnej. Technologia tworzyła problem, a cenę za jego rozwiązanie płaciła wolność jednostki. Nie powinniśmy powtarzać tego schematu w epoce AI.

Uważajmy na język, którym mówimy o sztucznej inteligencji

Właśnie dlatego język, którym dziś opisujemy sztuczną inteligencję, ma znaczenie. Jeżeli zaczniemy traktować technologię jako autonomiczne zagrożenie, przed którym państwo musi się „bronić”, bardzo łatwo będzie uzasadnić ograniczanie praw obywateli. Jeżeli natomiast będziemy konsekwentnie traktowali ją jako niezwykle potężne narzędzie, stworzone i wykorzystywane przez ludzi oraz instytucje, odpowiedź będzie inna: regulować ryzyko, wymagać zabezpieczeń, ustalać odpowiedzialność i egzekwować ją wobec tych, którzy działają bezprawnie lub nieodpowiedzialnie.

Stoimy więc, być może, przed wyborem czy cenę za rozwój sztucznej inteligencji zapłacimy ograniczeniem naszych praw, czy zwiększeniem odpowiedzialności tych, którzy tę technologię tworzą i wykorzystują? Wolelibyśmy zdecydowanie to drugie.

O autorce

Dominika Bychawska-Siniarska

Doktor nauk prawnych na Uniwersytecie Gdańskim, 

O autorze

Maciej Nowicki

Prezes Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka