Czy automat może zastąpić sędziego w wydawaniu wyroków?
Dziś na pewno nie. Ale bardzo potrzebujemy wsparcia nowoczesnych narzędzi AI, a poza tym byłoby naiwnością myślenie, że nie będziemy z nich korzystać w przyszłości.
Do czego by się te narzędzia przydały?
Taka potrzeba wynika nie tylko z pogoni za nowinkami technicznymi. Stale zwiększa się napływ nowych spraw do NSA. Są one coraz bardziej skomplikowane. Mamy też niedostatki kadrowe. Są one pokłosiem ogólnie znanej, trudnej politycznie sytuacji wokół nominowania sędziów. Mamy też zbyt mało urzędników sądowych. To się nieprędko zmieni. Tymczasem czas rozpatrywania spraw przed NSA jest długi, a nam zależy na jego skróceniu. Dlatego właśnie myślimy o wdrożeniu nowoczesnych narzędzi, które odciążyłyby sędziów w pewnych aspektach ich pracy, a tym samym pomogłyby przyspieszyć rozpatrywanie spraw. Wprawdzie już i tak wdrażamy różne systemy informatyczne, ale nie obywa się bez kłopotów. Wie pan, że strona internetowa NSA często się zawiesza z powodu dużej liczby jednoczesnych wejść na nią?
Niech zgadnę: to słaba wydajność waszych serwerów? A może społeczeństwo nagle się masowo zainteresowało orzecznictwem?
Niech pan zgaduje dalej. Dobry trop z tym orzecznictwem.
Ja też czasem tam zaglądam, ale nie sądzę, by tacy jak ja cokolwiek mogli zablokować. Chodzi o cyberataki?
Nie, choć oczywiście nie możemy tego wykluczyć. Po prostu wielu użytkowników, prawdopodobnie kancelarii prawnych, podłącza do naszej strony narzędzia oparte na sztucznej inteligencji, które na masową skalę przeglądają setki orzeczeń naraz. Ani pan, ani nawet pasjonat orzecznictwa jako człowiek nie dałby rady osiągnąć takiego efektu. Rezultaty takich działań widać po tym, jak wyglądają skargi napływające do NSA. Są coraz lepiej przygotowane, poparte bardzo bogatą analizą orzecznictwa, zresztą nie tylko sądów administracyjnych, ale też np. Trybunału Sprawiedliwości UE. Jest tam wielopoziomowa i wyrafinowana argumentacja.
I nie ma tam wyroków wymyślonych przez AI? Bo były takie głośne przypadki.
Oczywiście, staramy się to wychwytywać. Ale jest tu nawet większy kłopot, niż takie halucynacje sztucznej inteligencji. Te skargi są obszerne, mają nawet po 100-120 stron. Często ich konstrukcja jest taka, że podobne argumenty przeplatają się ze sobą w różnych fragmentach i niełatwo się połapać w tej kaskadowej argumentacji.
A nie jest to czasem prawnicze gadulstwo? Dobrze dobrane argumenty można by pewnie wyłuszczyć na 20 stronach. Kancelaria pisząca tak obszernie może pokazać klientowi, jak bardzo się napracowała i wystawić mu słony rachunek za coś, z czego większość to jurydyczne ględzenie.
Nie chcę analizować relacji kancelarii prawniczych z ich klientami. Obszerne skargi zdarzały się nawet przed upowszechnieniem narzędzi AI. Trybunał Sprawiedliwości UE sam stawia limit, by dokumenty do niego trafiające nie przekraczały objętości kilkunastu stron, bo przecież trzeba je przetłumaczyć na poszczególne języki państw członkowskich. U nas takich ograniczeń nie ma. Zresztą wyobrażam sobie, że gdyby je wprowadzić, to można by nam zarzucić ograniczanie prawa do sądu. Natomiast mamy coraz większe wyzwanie: jak sobie poradzić ze sprawną analizą takich obszernych dokumentów.
Trafia na pańskie biurko taka sążnista skarga. Nie ma pan czasu na jej lekturę. Co powierzyłby pan agentowi AI, a jaki margines zostawiłby sobie?
Takie narzędzie powinno przede wszystkim porządkować proces myślowy. Zażądałbym od niego wychwycenia najważniejszych argumentów, rozważenia ich spójności i ważności, a także oddzielenia rozważań o charakterze faktycznym od tych prawnych. Skargi kasacyjne, ale także skargi do sądu pierwszej instancji, bywają nie tylko bogate w argumenty. Są czasem chaotycznie skonstruowane. Mam niekiedy wrażenie, że ten chaos jest wręcz zamierzony, by pewne istotne aspekty sprawy ukryć czy odwrócić od nich uwagę. Oczywiście najważniejsze konkluzje należą do sędziego, ale ten wstępny porządek przydałoby się robić zaawansowanymi narzędziami.
Pewnie są takie na rynku.
Są rozmaite, ale my nie powinniśmy korzystać z programów komercyjnych.
Bo mogą być stronnicze?
Jest takie ryzyko. Gdy zapytam takie narzędzie o utrwaloną linię orzeczniczą w jakiejś sprawie konfliktu obywatela z urzędem, zawsze mogę podejrzewać, że stworzony komercyjnie algorytm wyszuka mi takie orzeczenia, które są korzystne dla jednej tylko strony. Algorytmowi może też „pasować” fakt, że jeden i ten sam skład orzekający wydał tego samego dnia trzy identyczne orzeczenia. Czy my, prawnicy, nazwalibyśmy to utrwaloną linią orzeczniczą? Raczej nie. Jest ryzyko, że automat wybierze orzeczenia pod swoją z góry ustaloną tezę. A wracając do granic użycia maszyny: w każdym wyroku przedstawiamy stan faktyczny czy tzw. część historyczną, a potem następuje fraza „sąd zważył, co następuje…”. I właśnie tu jest granica, od której powinniśmy przestać ufać maszynie. Uporządkowanie stanu faktycznego i prawnego – tak, ale już kwestia zważenia określonych racji, wartości, zasad powinna być wyłączną kompetencją sędziego, czyli żywego człowieka. Jeśli bowiem nawet przyjąć, że utrwaliła się określona linia orzeczniczna w sprawie interpretacji danych przepisów, to jednak za każdym razem konkretna sytuacja może być inna i może wymagać pewnego odstępstwa, nawet kosztem jednolitości orzecznictwa. Nie badamy przecież tylko jakichś papierów. Zajmujemy się sprawą żywej osoby, jej problemami i zróżnicowanymi sytuacjami życiowymi.
Czytaj więcej:
Jeszcze kilka lat temu wydawało się, że zawód prawnika jest jednym z najbardziej odpornych na rozwój sztucznej inteligencji. Dziś coraz częściej po...
Pro
Mówi pan o ryzyku mechanicznego stosowania owej „utrwalonej linii orzeczniczej”?
Tak, zresztą w pewnych przypadkach ta „utrwalona” linia wynika z pewnego bezwładu, pewnej mechaniki stosowanej przez ludzi, a nie maszyny. O tym zjawisku pisał już wybitny prawnik polskiego pochodzenia, Chaim Perelman. Nazwał to zasadą bezwładności, zgodnie z którą raz przyjęte stanowisko obowiązuje, dopóki nie przedstawi się racji za jego zmianą, a ciężar argumentacji spoczywa na tym, kto chce odejść od utrwalonej praktyki. Narzędzie, które podaje nam gotową „dominującą linię”, zamienia tę zasadę retoryczną w mechanizm. Oznacza to, że każde odstępstwo będzie wymagało przebicia się przez projekt przygotowany przez maszynę, a orzecznictwo zacznie utrwalać się samo. Pisał też o sędziowskim oportunizmie, gdy sędzia ogranicza argumentację do powołania się na orzeczenie sądu wyższej instancji. Musi on włożyć dużo wysiłku intelektualnego i odwagi, by się temu sprzeciwić. Takiej odwagi nie zawsze można oczekiwać od maszyny, która raczej jest nastawiona na powtarzanie tego, co już ma w pamięci. W przypadkach, gdy sąd wyłamuje się z linii orzeczniczej, zazwyczaj ma usprawiedliwienie: to była wyjątkowa sytuacja. Czasem takie a nie inne orzeczenie niezgodne z linią orzeczniczą zapada, bo odnosi się do pewnego systemu wartości, które w danym rozstrzyganym przypadku zostały inaczej wyważone. Natomiast narzędzia AI to modele językowe, rozpoznające pewne prawidłowości słowne, a nie ideowe. Doświadczony sędzia widzi w danej sprawie nie tylko przepisy, ale też wyższe cele, np. dobro budżetu, bezpieczeństwo państwa czy ochronę środowiska. Poza tym, gdyby używać sztucznej inteligencji do wyrokowania, powstałyby problemy: kto tak naprawdę wydał ten wyrok, czy mamy tu dalej do czynienia z sądem i czy nie została naruszona niezawisłość sędziowska.
Niedawno orzekał pan w sprawie, w której urząd skarbowy dziewięć razy przedłużał podatnikowi termin zwrotu VAT. Miał do tego prawo, choć opóźnił zwrot aż o trzy i pół roku. Jednak NSA wyraźnie wskazał, że takie notoryczne odraczanie wypłaty pieniędzy może godzić w konstytucyjne prawo własności. Ciekawe, czy sztuczna inteligencja by taki aspekt dostrzegła, gdyby sama orzekała?
Mogłaby to wymyślić, zwłaszcza gdyby wcześniej sądy łączyły prawa człowieka z przepisami o zwrocie VAT. Nasza uchwała, ogólnie korzystna dla podatnika, była jednak poprzedzona gorącą dyskusją w siedmioosobowym składzie orzekającym. Mogę zapewnić, że nie było tam mechanicznego myślenia. Ważyliśmy rozmaite racje, cele i konteksty wykładni. Zresztą na tym właśnie polega praca sędziego i jego dyskrecjonalna władza: wydanie wyroku po starannym wyważeniu określonych wartości, zasad, dóbr, interesów czy celów. Przy czym są to argumenty nie tylko odnoszące się do brzmienia przepisów, które mogą być czasem wieloznaczne, a sztuczna inteligencja może tego nie zauważyć.
Jak rozumiem, marzy się panu oprogramowanie ułatwiające analizę spraw, ale niewyręczające sędziego w orzekaniu jako takim, stworzone specjalnie dla sądów administracyjnych?
Taki właśnie mamy pomysł w NSA. Czy doczeka się realizacji – to zależy od wielu czynników, także finansowych. Niewątpliwie może być to drogie przedsięwzięcie. Konieczne będzie przeszkolenie sędziów z użycia tego narzędzia. Powinni oni być niezależnymi „audytorami bezpieczeństwa”. Jeśli maszyna znajdzie nawet sto zgodnych ze sobą orzeczeń w podobnych sprawach, to sędzia i tak powinien krytycznie i odważnie spojrzeć na ten wynik. Nie powinien bać się zakwestionować tej „utrwalonej linii”. Przecież może się na przykład okazać, że istniejące wciąż przepisy po wielu latach przestały pełnić swoją rolę. NSA wielokrotnie dokonywał rewizji swoich utrwalonych poglądów, nawet tych określonych w uchwałach. Tak się rozwija myśl prawnicza.
Na przykład podatkowa ulga na internet. Gdy ją wprowadzano, dostęp do sieci był relatywnie droższy niż dziś. Teraz Ministerstwo Finansów chce ją zlikwidować, bo miała czynić tańszym coś, co dziś i tak jest tanie.
Właśnie dlatego orzeczenia w tej sprawie sprzed 20 lat mogą być nieadekwatne do dzisiejszej rzeczywistości. My to wiemy jako ludzie, ale czy maszyna to wie – nie można być pewnym. Gdy się korzysta z narzędzi AI, zawsze jest pokusa uzyskania szybkiego, gotowego efektu. Sędziowie też nie są od takiej pokusy wolni. Obawiam się, że ilość pracy, jej skomplikowanie mogą powodować bezkrytyczne zastosowanie tego, co podpowie maszyna. Tyle że maszyna nie umie czytać między wierszami. Nie zauważy na sali sądowej, że uczestnikowi procesu zaczynają się trząść ręce i łamie się głos albo unika on kontaktu wzrokowego z sędzią. To sporo może mówić o tym, czy ktoś ma mocne argumenty, czy może jednak kłamie. Nie możemy też wykluczyć, że zaistnieje sytuacja jak z książki Stanisława Lema „Cyberiada”, w której maszyna dowodzi z pełnym przekonaniem, że dwa plus dwa to siedem. Dlatego też rozporządzenie AI Act (2024/1689) zalicza systemy wspomagające organy sądowe w interpretacji faktów i prawa do tzw. systemów wysokiego ryzyka. Ostateczne rozstrzygnięcie ma pozostać działaniem człowieka.
Czytaj więcej:
Wykorzystanie sztucznej inteligencji może wspierać uprawnienia decyzyjne sędziów lub ich niezależność, ale nie powinno ich zastępować. Ostateczne d...
Pro
Czy sędziowie chętnie będą używali nowych narzędzi, gdy są wokół nich takie wątpliwości?
W latach 90. wielu sędziów miało opory w ogóle przed wprowadzaniem komputerów do pracy sądu. Ale cyfryzacja wymiaru sprawiedliwości jest nieuchronna. Zresztą przewidziano to już dawno. Profesor Jerzy Wróblewski, wybitny teoretyk prawa z Uniwersytetu Łódzkiego, już w latach 80. pisał o korzyściach, jakie prawnikom dałaby informatyka prawnicza. Choćby do tworzenia ujednoliconych tekstów ustaw i jako sposób badania prawa. Dziś to standard w programach dla prawników, ale wtedy wyglądało na śmiałą wizję. Dlatego nie ma co się bać takich zmian, ale pod warunkiem że nie ucierpi na tym sędziowska niezawisłość.
Prof. dr hab. Bartosz Wojciechowski jest sędzią Izby Finansowej NSA, kierownikiem Katedry Teorii i Filozofii Prawa na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego. Napisał wiele publikacji z zakresu teorii i filozofii prawa, a także prawa podatkowego i administracyjnego.