Zbliżająca się wizyta szwedzkiej pary królewskiej w Polsce to szansa na wzmocnienie relacji pomiędzy ważnymi partnerami w regionie. Inwazja Rosji na Ukrainę i napięta sytuacja na Bliskim Wschodzie sprawiają, że kluczowym tematem w obu krajach jest bezpieczeństwo. Zacieśnienie współpracy militarnej, zakupy dobrej jakości sprzętu i wymiana doświadczeń obronnych będą niewątpliwie tematem przewodnim rozmów.
Bezpieczeństwo kosztuje i dlatego tak bardzo potrzebujemy rozwoju. W polskiej debacie publicznej od czasu do czasu padają hasła o tym, że w rozwoju powinniśmy kierować się „modelem szwedzkim”. Jednak debata o „modelu szwedzkim” w Polsce rzadko wychodzi poza ideologiczne okopy. Dla jednych Szwecja to raj wysokich podatków i powszechnej opieki, dla innych – przestroga przed socjalizmem w praktyce.
Historia gospodarcza pokazuje obraz znacznie bardziej złożony. Szwedzki dobrobyt nie jest produktem ubocznym socjalizmu, lecz owocem ponad stu lat wzmacniania wolności gospodarczej, które przetrwało nawet najbardziej ryzykowne eksperymenty polityczne.
Liberalny fundament rozwoju
Powszechne przekonanie, że Szwecja zbudowała swoje bogactwo dzięki wysokim podatkom i rozbudowanemu państwu socjalnemu, jest odwróceniem chronologii. Prawda jest odwrotna: Szwecja stała się bogata, zanim rozbudowała państwo opiekuńcze. Jak przypomina szwedzki autor Johan Norberg, w latach 1840–1870 kraj przeszedł okres radykalnej liberalizacji: zniesiono cechy rzemieślnicze, wprowadzono wolność handlu i silne prawa własności.
Duchowym ojcem tego sukcesu był Anders Chydenius, nazywany szwedzkim Adamem Smithem. Już w 1765 r. – dekadę przed wydaniem „Bogactwa narodów” – argumentował, że wolność gospodarcza i swoboda prasy są kluczem do pomyślności. To właśnie liberalne reformy pozwoliły Szwecji w połowie XIX wieku wykonać bezprecedensowy skok rozwojowy.