Jeśli rządzący próbują zmienić przepisy dotyczące wyborów na kilka miesięcy przed wyborami, to pewnie próbują sfałszować wybory. Niekoniecznie dosypując komuś głosów, a komuś ujmując. Ale kształtując przepisy, które mają obowiązywać „pod siebie” – np. tzw. geografię wyborczą, czyli granice okręgów, albo demografię wyborczą, czyli liczbę mandatów z danego okręgu.

Zatem z zarzutami, że PiS chce sfałszować wybory w takim sensie, że ich wyniki byłyby inne, gdyby przepisów nie zmieniono, ja osobiście się zgadzam. Ale… jestem przecież symetrystą. Jak organizacje pozarządowe, broniące zazwyczaj wolności, praworządności i demokracji, protestują przeciwko zwiększaniu dostępności lokali wyborczych, to się trochę dziwię.

Oczywiście nie można ulokować siedziby komisji wyborczej w kościele. Ale obok? Chodzi o to, żeby w komisji nie dosypano nikomu głosów. Ale żeby wyborcy łatwiej było wrzucić głos do urny? Toż to przecież kwintesencja demokracji. Ja się na wybory oczywiście nie wybieram (bo już nie popełnię drugi raz tego samego błędu, żeby próbować startować), ale zewsząd słyszę, że to nieodpowiedzialna postawa z mojej strony. Do kościoła też nie chodzę (bo jak chcę sobie z Panem Bogiem pogadać, to idę do lasu albo jeszcze lepiej w góry – stamtąd bliżej), ale jakbym chodził, to po drodze do kościoła byłoby mi łatwiej wstąpić do lokalu wyborczego. Czyli byłoby to rozwiązanie profrekwencyjne. A przecież frekwencja w demokracji jest ważna. Ciągle to przecież słyszę od organizacji pozarządowych. Zero konsekwencji – jak widać.

A może wyborcom trzeba udział w wyborach zacząć raczej utrudniać? Bez ironii pytam. Może wybory nie powinny być w niedzielę, tylko w tygodniu, kiedy trzeba iść do pracy? Może najpierw trzeba byłoby iść się zarejestrować jako wyborca kilka dni wcześniej? Tak jest w Stanach Zjednoczonych. Dlaczego wybory są tam w pierwszy wtorek listopada? No właśnie dlatego. A w dodatku to musi być jeszcze pierwszy wtorek po pierwszym poniedziałku. Żeby pierwszy wtorek nie wypadł czasem 1 listopada. Żeby ludziom było trudniej zagłosować, a nie łatwiej. Unika się w ten sposób trochę głosów przypadkowych.

Już słyszę te gromy, które zaraz mi nad głową rozbrzmią – zwłaszcza ze strony organizacji pozarządowych. To dodam jeszcze taki pomysł, może się spodoba: lokale wyborcze powinny być co najmniej na czwartym piętrze budynku, w którym nie ma windy. Sukces wyborczy zwolenników wolności, praworządności i demokracji gwarantowany.

Autor jest adwokatem, profesorem Uczelni Łazarskiego i szefem rady WEI

Czytaj więcej

PiS chce zmian w kodeksie wyborczym. Mniejsze obwody, większa frekwencja