Ziobro zrobił w ostatnim czasie wiele, aby przez wewnętrzne rozgrywki poróżnić prawicę. Nie jest już twardym filarem, na którym opiera się obóz władzy, ale najsłabszym jego ogniwem.

Kiedy w 2015 roku Jarosław Kaczyński wskrzesił go z politycznego czyśćca, Ziobro znowu jak 10 lat wcześniej, stał się głównym rozgrywającym prawicy. To on był architektem polityki PiS wobec sądów. PiS nie tylko przyjął jego konfrontacyjny ton wobec Temidy, ale bez większej refleksji realizował większość jego pomysłów na podbój sądownictwa. Wymiana prezesów sądów, pierwsza reforma SN ( zawetowana przez prezydenta), czy wreszcie zmiana zasad wyboru do KRS, to przecież projekty wywodzące się z gabinetów Ziobro.

Czytaj więcej

Marek Domagalski: Test niezależności - przełknijmy tę żabę

Na konfrontacji z Temidą to jednak Ziobro zbijał największy polityczny kapitał, będąc twarzą reform. Chociaż przez lata korzystali z tego wszyscy po prawej stronie sceny politycznej. Wojna z sędziami nie tylko zjednywała rzesze wyborców, nie mających zaufania do sądów, ale też zaprowadziła w ślepą uliczkę opozycję. Ta angażując się w obronę praworządności, wcale nie zyskiwała społecznego poparcia.

„Stary” sądowy porządek został zburzony, na jego miejsce prowadzono „nowy” obsadzony zaufanymi Ziobro. Wszystko szło dobrze, dopóki lekceważona przez lata Bruksela nie zyskała skutecznego oręża, aby dyscyplinować rząd RP w sprawach praworządności. Przez całe lata unijni komisarze bili głową w mur i byli banalnie „kiwani” przez polityków PiS. Bezrefleksyjne przyjęcie przez rząd KPO, a także rozporządzenia „fundusze za praworządność” zmieniło wszystko. Bruksela zyskała wreszcie realne narzędzia dyscyplinowania rządu. I zrobiła to. Precedensowo wstrzymując miliardy z KPO, a dodatków po serii wyborów nakazała płacić astronomiczne kary za niezlikwidowanie Izby Dyscyplinarnej.

Ziobro w tej nowej rozgrywce był zwolennikiem doktryny „ani kroku wstecz” podnosząc, że nie należy uginać się pod dyktatem lewicowych brukselskich elit i wyrokami TSUE, które – jego zdaniem – chcą pozbawić Polskę suwerenności.

Ziobro znowu jak 10 lat wcześniej, stał się głównym rozgrywającym prawicy

Minister zbudował na tym przeświadczeniu całą polityczną retorykę swojego ugrupowania solidarnej Polski. Mimo, że początkowo politykę Ziobro popierało twarde skrzydło PiS, z czasem spojrzenie i ocena rzeczywistości zaczęła się rozjeżdżać miedzy nim a Kaczyńskim.

Otrzeźwienie na Nowogrodzkiej przyszło nagle. Inflacja, kryzys energetyczny i widmo utraty potrzebnych gospodarce miliardów euro, sprawiło, że na prawicy coraz głośniej zaczęły się przebijać bardziej pragmatyczne głosy z otoczenia Mateusza Morawieckiego. Wojna na Ukrainie przewartościowała wszystko. Dla rządu celem było silne państwo pod kroplówką z KPO, dla Ziobry wciąż liczyła się bieżąca gra polityczna, a tragiczna sytuacja zewnętrzna zdawała się nie mieć znaczenia. Przez to coraz bardziej był postrzegany nawet na prawicy, jako polityk bardziej skrajny, radykalny. Tym nie mógł konkurować z pragmatycznym Morawieckim. Próba zaszantażowania Jarosława Kaczyńskiego przy okazji prac nad uchwaleniem prezydenckiego projektu ustawy o likwidacji izby dyscyplinarnej zrobiła resztę. Ziobro stracił zaufanie jako stabilny, przewidywalny partner, a jego los polityczny w Zjednoczonej Prawicy, zawisł w pewnym momencie na włosku. Czego liderzy PiS nawet nie ukrywali.

Dziś część polityków PiS głosując przeciw odwołaniu go z rządu, robi to pewnie z zaciśniętymi zębami. W politycznych szachach z opozycją Ziobro zostanie obroniony, a prawica znowu zaprezentuje jedność, tyle ze z rzeczywistością ma to niewiele wspólnego.