Polska zapłaci 1 mln euro za każdy dzień pracy Izby Dyscyplinarnej. Groźba tej kary wisiała w powietrzu od dawna. Nieoficjalne sygnały o możliwości jej nałożenia pojawiły się w niemieckich mediach już ponad miesiąc temu. Do tego doszło ogromne napięcie w relacjach z UE i TSUE po wyroku Trybunału Konstytucyjnego. Było jasne, że sędziowie w Luksemburgu nie odpuszczą. Do realizacji decyzji TSUE zachęcała też pierwsza prezes SN prof. Małgorzata Manowska, grożąc nawet na łamach „Rzeczpospolitej", że gotowa jest podać się do dymisji. Premier Morawiecki był rytualnie chłostany na forum Parlamentu Europejskiego, ważą się też losy unijnych miliardów.

Działająca już na pół gwizdka, rozbita od środka, nieprzewidywalna Izba Dyscyplinarna opierała się jednak jak ostatnia reduta. Trwali przy niej politycy, którzy najpierw twierdzili, że to wewnętrzny problem Sądu Najwyższego, by następnie, co ostatnio podkreślił Jarosław Kaczyński, zadeklarować jej likwidację. W nieokreślonym bliżej terminie.

Czytaj więcej

Wielka sala rozpraw w TSUE
Kolejna kara dla Polski - milion euro za niezastosowanie się do wyroku TSUE

Nawet jeśli jest to kwestia narodowej dumy i suwerennych decyzji, to jest to też sprawa racjonalnych działań i pragmatyzmu państwa. Rząd stał się zakładnikiem emocji i prawicowych dogmatów, że Luksemburg nie będzie nam dyktował, kiedy mamy zlikwidować Izbę Dyscyplinarną. Sami wybierzemy czas i nie ze względu na TSUE, ale dlatego, że źle działa. Niech najtwardszy elektorat widzi, jak jesteśmy niezależni. Takie założenie wystarczyło, aby w rządzie nikt nie wziął odpowiedzialności za to, co się może wydarzyć. Ta sprawa wyszła poza wyobraźnię polityków PiS.

Co teraz zrobi rząd? Czy będzie czekał niezłomnie, płacąc 1 mln euro kary dziennie, wysoko trzymając głowę, aby za kilka miesięcy zreformować ID z rachunkiem na np. 100 mln euro? Gdyby osoby odpowiedzialne płaciły te pieniądze z własnej kieszeni, można by jedynie z politowaniem pokiwać głową. Tyle tylko, że to pieniądze podatników, a ludzie zarządzający państwem zobowiązani są dbać o publiczne środki. Nieliczenie się z karami może wskazywać, że stać nas na dumne uniesienia. Czy na pewno jednak docenią to podatnicy, których w przyszłym roku czeka podwyższona składka zdrowotna, a dziś słyszą o konieczności płacenia absurdalnych kar? Odpowiedź wydaje się zbędna.

Pytanie tylko, czy ktoś odpowiedzialny wyjdzie na konferencję i z otwartą przyłbicą przekona opinię publiczną o słuszności płacenia kar za utrzymanie niewydolnego tworu. Wątpię.

Na konferencji prasowej po ostatnim szczycie Rady Europejskiej część pytań zachodnich dziennikarzy do prezydenta Francji Emmanuela Macrona dotyczyła polskiej Izby Dyscyplinarnej i perspektywy jej likwidacji. Sprawa stała się jednym z głównych tematów międzynarodowych dyskusji toczonych wokół i z udziałem Polski. To nie zagrożenie wojną hybrydową Aleksandra Łukaszenki, pandemia Covid-19 czy kryzys energetyczny, ale ten niechciany przez nikogo twór ciągle jest tematem numer jeden.

A to chyba najlepszy znak, jak głęboko w tej sprawie zabrnęliśmy w absurd.