Od 1 stycznia 2015 r. na mapę administracyjną wróciło 41 najmniejszych sądów rejonowych. To więcej niż połowa tych, które w styczniu 2013 r. zlikwidował Jarosław Gowin. Do akcji reaktywacja resort sprawiedliwości przygotowywał się od lipca 2014 r. Minister osobiście podpisał wszystkie przeniesienia dla sędziów do orzekania w nowym sądzie. Tam gdzie było konieczne, resort zamówił nowe tabliczki, pieczęcie i druki. Ze sprawami, które od dwóch lat wędrują od sądu rejonowego do wydziału zamiejscowego i wracają do tego pierwszego, zamieszania być nie powinno. Sądy muszą się z nimi uporać. Nowe trafią już do repertoriów w jednostkach, które wróciły do orzekania.

Środowisko sędziowskie, od początku przeciwne reorganizacji, nie kryje zadowolenia. Stowarzyszenie Sędziów Polskich Iustitia oficjalnie wita nowe sądy. Wytyka autorom likwidacji niepotrzebne koszty. Zdaniem sędziów na powrocie zyskają obywatele. Szczególnie ci, którym przyjdzie coś w sądzie załatwić. Na ile okaże się to prawdą, a nie tylko pobożnym życzeniem – pokaże czas. Z pierwszych po likwidacji statystyk wynikało, że sprawy, zamiast przyspieszyć, spowolniły. Może więc teraz będzie odwrotnie.

Uznając lub odrzucając racje zwolenników przywracania sądów, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że w walce o racje niewiele liczy się obywatel i jego prawo do sądu. Nie najbliższego, tylko sprawnego i sprawiedliwego. Dla Kowalskiego nie ma bowiem znaczenia, czy na pieczęci wyroku, który zapadł w jego sprawie, widnieje „Sąd Rejonowy w... " czy „Wydział Zamiejscowy Sądu Rejonowego w...". Liczy się tylko, jak długo przyjdzie mu czekać.