Ktoś inny opowiada mi o małżeństwie biznesmenów z dużą, dobrze prosperującą firmą pod Warszawą, którzy płacili składki tylko od „etatu" w Budapeszcie. Przed sądem tłumaczyli, że zatrudnili się tam do... rozdawania ulotek.

Cóż, nie da się ukryć – wiara w ZUS w narodzie ginie, w każdym razie wtedy, gdy trzeba płacić składki. Z powodzeniem od lat funkcjonują w Polsce firmy, które oferują „optymalizację" składek i zarabiają na załatwianiu fikcyjnych etatów – najczęściej w Czechach i na Słowacji, ale też w Anglii czy na Litwie.

Wiara w ZUS niezmiennie jednak wraca w sytuacji, gdy chodzi o zdrowie Polaków. Poważniejsze zabiegi wolimy mieć dziwnym trafem w państwowych szpitalach. Za mniej poważne zabiegi tym bardziej mało kto lubi płacić prywatnym.

Ta wiara szczególnie rośnie ostatnimi laty wśród kobiet w ciąży. Przez lata wystarczyło np. na miesiąc przed porodem zarejestrować firmę i zapłacić maksymalną składkę zdrowotną, by potem przez rok (a przy kolejnych dzieciach i dłużej) otrzymywać nawet do 7 tys. zasiłku chorobowego. Nadal częste są fikcyjne „przedciążowe" zwyżki pensji (wyższa składka oznacza wyższy zasiłek macierzyński).

A dziś piszemy o firmie wybitnie „przedsiębiorczej" – pośredniku pomagającym kobietom w wyłudzaniu wysokich zasiłków macierzyńskich w zamian za połowę tego świadczenia. Bardzo ułatwił pracę prokuraturze, regulując wszystko szczegółowo w umowach z paniami.

Fakty są takie, że coraz częściej wyznanie „nie wierzę w ZUS" stanowi uzasadnienie dla zwykłego złodziejstwa. Podobno Napoleon mawiał, że „kradzież nie istnieje, za wszystko się płaci". Pytanie tylko z czyjej kieszeni.