Jak doniosła 2 czerwca „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, „dzięki państwowej pomocy praca w stoczniach Hegemanna w Stralsundzie i Wolgast postępuje naprzód”. Otrzymają one 326 milionów kredytu z Nodrdeutsche Landesbank i państwowego banku KfW IPS. Kredyt jest gwarantowany przez rząd federalny i land Mecklemburgia-Pomorze Przednie.

Dyrektor tych stoczni Dieter Brammertz stwierdził, że: „dzięki tym kredytom osiągnęliśmy bezpieczeństwo finansowe na następne cztery lata. Stwarzają one nam możliwości sfinansowania istniejących i przyszłych zamówień”.

Stocznie zatrudniają 1800 pracowników. W tej chwili mają 19 zamówień. Jednak tylko nowe zamówienia pozwolą na utrzymanie zatrudnienia na dotychczasowym poziomie.

[srodtytul]Niemcy ratują, co się da[/srodtytul]

Od czasu wybuchu kryzysu sześć stoczni niemieckich zgłosiło upadłość. Niepewna pozostaje przyszłość stoczni Nordic Yard w Wismarze i Rostocku. Znalazły one nabywcę z Rosji, który obiecywał, że utrzyma w nich produkcję statków, lecz nadal są w trudnej sytuacji, mimo że mają zlecenie na budowę specjalnego tankowca za cenę 100 milionów euro.

Rząd niemiecki jest jednak zdecydowany ratować przemysł stoczniowy. Jak stwierdził koordynator gospodarki morskiej Hans-Joachim Otto: „Nie chcemy zrezygnować z przemysłu stoczniowego w Niemczech. Jest on niezbędny ze względów strategicznych” („FAZ”, 12 maja 2010).

Mimo to przedstawiciele przemysłu stoczniowego narzekają, że nie mają równych szans ze stoczniami w Korei Południowej, które oferują niższe ceny dzięki pomocy państwa. Także Francja i Włochy wspierają swoje stocznie pełnymi gwarancjami dla kredytów oferowanych na lepszych warunkach, podczas gdy w Niemczech państwo udziela gwarancji tylko na 90 procent kredytów („FAZ”, 19 maja 2010).

[srodtytul]Kontrola państwa[/srodtytul]

Szczęściem w nieszczęściu jest to, że stoczniom niemieckim nie grozi konkurencja ze strony Polski. Polskie stocznie już nie istnieją. W ubiegłorocznym wywiadzie radiowym przeprowadzonym przez Janinę Paradowską dla TOK FM Donald Tusk za jeden z największych sukcesów swojego rządu uznał to, że już do nich nie dopłacamy. Inny polityk Platformy Obywatelskiej Rafał Grupiński przekonywał w innej audycji, że także w Niemczech całkowicie upadł przemysł stoczniowy, nie ma się więc co dziwić, że upadł w Polsce.

Obaj ci mężowie stanu byli zgodni, że chociaż nie udało się znaleźć ani jednego Katarczyka, by przejął za nas te kosztowne dopłaty, to dobrze się stało, że przemysł stoczniowy mamy definitywnie z głowy. Rząd pozbył się kłopotu. Niemal w tym sam czasie Thyssen-Krupp sprzedał z sukcesem część swoich stoczni w Hamburgu inwestorowi z krajów arabskich.

Przemysł stoczniowy wszędzie przeżywa trudności, więc nie wiadomo, jakie będą jego ostateczne losy w Niemczech. Jednak Niemcy mimo kryzysu się nie dezindustrializują, a kluczowe przedsiębiorstwa nie są przejmowane przez firmy z krajów ościennych. Wiele przedsiębiorstw pozostaje w ręku państwa. Jak wiadomo, niedawno postanowiono umieścić w statucie Volkswagena przypis gwarantujący kontrolę państwa nad tym koncernem, choć Komisja Europejska długo usiłowała ją ograniczyć.

Oczywiście, nie możemy wymagać od czołowych polityków partii rządzącej, żeby się orientowali, co się dzieje w świecie, a zwłaszcza w zaprzyjaźnionych Niemczech, i by nie opowiadali Polakom bajek, skoro przede wszystkim na bajaniu opiera się ich władza.

Na przykładzie stoczni ujawnia się filozofia rządzenia PO – świadoma lub nieświadoma, wynikająca z ignorancji, dezinformacja obywateli, rządzenie przez pozbywanie się kłopotów, delegowanie zadań, zrzucanie odpowiedzialności na innych: na rynek, na kryzys, na deszcz, na bobry, ślepa wiara w rynek i uległość wobec silnych i możnych tego świata. Tylko można zapytać, kiedy obóz rządzący dojdzie do wniosku, że się mu nie opłaca dopłacać do Polski. A może już się to stało?

[i]Autor jest profesorem Uniwersytetu w Bremie i Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie oraz współpracownikiem „Rzeczpospolitej”[/i]