Od redakcji

Opinią prof. Tarasa Kuzia, przedstawiającą ukraińską perspektywę, inaugurujemy na naszych łamach dyskusję o polityce pamięci i ludobójstwie na Wołyniu – kwestiach mocno wpływających na obecne relacje polsko-ukraińskie. Na przedstawione przez kijowskiego politologa tezy odpowiada od razu Wojciech Konończuk, dyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich. Polemiki przyjmujemy pod adresem opinie@rp.pl

Czytaj więcej

Wojciech Konończuk: Na Wołyniu nie ma symetrii win. Ukraina próbuje przekonać świat do zafałszowanej historii

Od ponad trzech dekad polsko-ukraińskie pojednanie jest zakładnikiem swoistej asymetrii. Polscy politycy, historycy i komentatorzy domagają się, aby Ukraińcy bezwarunkowo potępili Organizację Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) i Ukraińską Powstańczą Armię (UPA) za zbrodnie popełnione na polskiej ludności cywilnej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej w latach 1943–1944. Te same głosy milkną jednak, gdy mowa o polskich formacjach nacjonalistycznych, które w tym samym okresie zabijały ukraińskich cywilów. Przechodzą do defensywy, gdy Ukraińcy zwracają uwagę, że Polska nadal czci niektóre z tych właśnie formacji.

Reklama
Reklama

Ten schemat jest dobrze znany każdemu, kto śledzi stosunki polsko-ukraińskie od lat 90. XX w., a nasilił się on od czasu pełnoskalowej inwazji Rosji. Polska była najważniejszym sojusznikiem Ukrainy na linii frontu – dostarczała broń, przyjęła miliony uchodźców i lobbowała na rzecz Kijowa w UE i NATO. Jednak część polskiego życia politycznego – skupiona głównie, choć nie wyłącznie, na prawicy narodowo-konserwatywnej – traktuje ten sojusz jako dźwignię nacisku służącą wymuszaniu historycznych ustępstw, a nie jako partnerstwo równych podmiotów.

Żądanie jest zawsze takie samo: Ukraina musi formalnie uznać wołyńskie rzezie z 1943 r. za „ludobójstwo” – określenie, które Sejm przyjął w 2016 r. – na warunkach i w terminie wyznaczonym przez Warszawę, bez wzajemnego uznania tego, co polskie formacje uczyniły ukraińskim cywilom w tych samych latach.

Czytaj więcej

Taras Myszljajew: To nie Polacy byli największym wrogiem UPA, ale Sowieci

Nie jest to wezwanie do historycznego relatywizmu ani do negowania polskiego cierpienia. Jest to wezwanie do stosowania tego samego standardu dowodowego i moralnego po obu stronach granicy – standardu, którego w sposób rażący brakuje w polskim dyskursie oficjalnym, a coraz częściej brakuje go także w większości zachodniej historiografii tego tematu.

Międzywojenne korzenie Wołynia

Żadna relacja o latach 1943–1944 nie jest uczciwa, jeśli zaczyna się w 1943 r. Przed 1918 r. Ukraińcy w austro-węgierskiej Galicji cieszyli się realnymi prawami mniejszości narodowej: własnymi szkołami, ukraińskim uniwersytetem oraz prawnie zagwarantowaną reprezentacją polityczną w Wiedniu. Międzywojenna II Rzeczpospolita zdemontowała znaczną część tych praw. Ograniczano ukraińskojęzyczną oświatę, nękano ukraińskie instytucje społeczne i spółdzielcze, a ukraiński Kościół prawosławny spotykał się z represjami, podczas gdy Warszawa osiedlała polskich weteranów wojskowych – osadników – na ziemi na Wołyniu i w Galicji, często wywłaszczonej ukraińskim chłopom, nawarstwiając na sobie krzywdy etniczne, religijne i klasowe: polski ziemianin i osadnik-weteran przeciwko ukraińskiemu chłopu, katolik przeciwko prawosławnemu, Polak przeciwko Ukraińcowi.

Najwyraźniejszym przejawem tej polityki był rok 1938, gdy fala niszczenia cerkwi ogarnęła region chełmski, południowe Podlasie i część Wołynia: w ciągu kilku miesięcy polskie jednostki wojskowe i policyjne zburzyły ok. 120 ukraińskich cerkwi i kaplic prawosławnych – to był systematycznie przeprowadzony atak na ukraińskie życie religijne, uczyniony przez samo państwo polskie, pięć lat przed powstaniem UPA.

Konsekwencje polityczne były przewidywalne i widoczne w wynikach wyborczych: sympatie Ukraińców na Wołyniu przesunęły się od znaczącego poparcia dla Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy (KPZU) w latach 20. do poparcia dla OUN w latach 30., po niemal dwóch dekadach nacisków asymilacyjnych, które przekonały wchodzące w dorosłość pokolenie, że jedynie zbrojna walka podziemna może zapewnić przetrwanie narodowe.

Zbrodnie, o których Polska wolałaby nie mówić

Historiograficzna rzeczywistość lat 1943–1944 nie jest prostą historią ukraińskiej agresji wobec niewinnych Polaków. Była to spirala przemocy międzyetnicznej z udziałem wielu uzbrojonych aktorów, rozgrywająca się pod okupacją niemiecką i w próżni pozostawionej przez zniszczenie przedwojennej państwowości polskiej. Oddziały UPA rzeczywiście zabiły szacunkowo 50–70 tys. polskich cywilów (liczby według Paula R. Magocsiego i Timothy'ego Snydera) i faktu tego nie trzeba łagodzić.

Jednak polskie formacje podziemne – Narodowe Siły Zbrojne (NSZ), Armia Krajowa (AK) oraz oddziały Batalionów Chłopskich – również przeprowadzały operacje przeciwko ukraińskim wsiom, w wyniku których ginęli cywile. Poważni historycy badający ten konflikt w całości – wśród nich Snyder i Magocsi – traktują go generalnie jako przypadek wzajemnych czystek etnicznych, a nie jednokierunkowej zbrodni.

Problem pogłębia fakt, że Polska nadal czci formacje bezpośrednio zamieszane w przemoc wobec Ukraińców. Brygada Świętokrzyska – nazistowska formacja wojskowa ideologicznie związana z NSZ, walcząca z partyzantką ukraińską i sowiecką – wciąż jest honorowana w polskim życiu publicznym, w tym przez Karola Nawrockiego i inne osoby na szczycie polskiego państwa. Prezydent, który pozuje na bezkompromisowego krytyka nacjonalistycznej historii Ukrainy, jednocześnie czcząc formację, która współpracowała z nazistami, nie stosuje spójnego standardu – stosuje standard nacjonalistyczny.

Czytaj więcej

Estera Flieger: Polska nie ma już wyjścia – musi sprawę ludobójstwa na Wołyniu szybko załatwić

Szczególnej uwagi wymaga tu postać Romana Dmowskiego. O ile Józef Piłsudski przynajmniej rozważał wizję federalistyczną, dającą Ukrainie jakieś nominalne miejsce, o tyle Dmowski – twórca Narodowej Demokracji (endecji) i, w praktyce, bardziej wpływowy niż Piłsudski w kształtowaniu faktycznej polityki mniejszościowej II Rzeczypospolitej – był jednoznacznie wrogi ukraińskiej państwowości: bliski faszyzmowi nacjonalista integralny i jawny antysemita, który zaprzeczał samemu istnieniu narodu ukraińskiego, upierając się przy nazywaniu Ukraińców „Małorusinami” lub Rusinami, aby wymazać ich tożsamość narodową, i który aktywnie promował opisane wcześniej represje etniczne oraz przymusową asymilację.

Pomnik Romana Dmowskiego stoi w centrum Warszawy od 2006 r., nie wywołując niczego, co przypominałoby kontrowersje towarzyszące ukraińskim pomnikom Stepana Bandery czy Romana Szuchewycza na Ukrainie. Bandera tymczasem spędził lata 1941–1944 w nazistowskim obozie koncentracyjnym Sachsenhausen za odmowę zaakceptowania niemieckiej kontroli nad Ukrainą, a jego dwaj bracia zostali zamordowani w Auschwitz. Mimo tego w polskim dyskursie traktowany jest jako jednoznaczny czarny charakter, bez cienia kontekstowego niuansu, jakiego polscy komentatorzy domagają się dla własnego panteonu nacjonalistycznego. W rzeczywistości Stepan Bandera nigdy nie był zaangażowany w utworzenie UPA w 1942 r. ani w jej działalność wojskową w ciągu kolejnej dekady.

Prof. Taras Kuzio
Rekomendacje dla ukraińskich instytucji rządowych

1. Sfinansować i rozszerzyć projekt dokumentacyjny na wzór Ihora Hałagidy. Imienna metodologia UKU to najbardziej wiarygodne narzędzie, jakim dysponuje Ukraina w tym sporze. Ukraiński Instytut Pamięci Narodowej oraz Ministerstwo Spraw Zagranicznych powinny współfinansować jego dokończenie oraz przekład na język polski, angielski i francuski. 

2. Domagać się parytetu w kategoryzacji sprawców. Ukraińscy dyplomaci powinni systematycznie kwestionować zlewanie w jedną kategorię „ukraińskich zbrodni nacjonalistycznych” zabójstw dokonanych pod dowództwem SS, zabójstw dokonanych przez podporządkowane NKWD „bataliony niszczycielskie” oraz działań OUN/UPA – i naciskać na Polskę, by stosowała to samo rozróżnienie wobec statusu kombatanckiego, który już teraz przyznaje selektywnie. Polskie badania pokazują, że pół miliona Polaków kolaborowało z nazistami – liczba ta jest w rzeczywistości wyższa niż liczba Ukraińców, którzy to uczynili. 

3. Podkreślać okresy polsko-ukraińskiej współpracy przeciwko wspólnemu wrogowi. Polski Instytut Pamięci Narodowej pomija współpracę UPA z antykomunistycznym podziemiem WiN (Wolność i Niezawisłość) w latach 1945–1947. 

4. Dążyć do symetrycznego, a nie jednostronnego, upamiętniania i ekshumacji. Ukraińskie uznanie udokumentowanych zbrodni wobec polskich cywilów powinno zawsze iść w parze z publicznym żądaniem równorzędnego uznania ze strony polskiej – w tym w sprawie cerkwi z 1938 roku, rzeczywistego bilansu Sahrynia w zestawieniu z jego zawyżoną wersją oraz czystek etnicznych z lat 1945–1947. W zamian za polskie ekshumacje polskich ofiar pochowanych na Ukrainie, Ukraina powinna domagać się prawa do przeprowadzenia w Polsce ekshumacji ukraińskich ofiar. 

5. Promować na arenie międzynarodowej ujęcie porównawcze.
Wołyń powinien być przedstawiany obok porównywalnych europejskich przypadków przemocy wojennej i powstańczej wobec domniemanych kolaborantów, tak by był rozumiany w kontekście, a nie jako wyjątkowo „barbarzyńska” ukraińska zbrodnia oderwana od historii polsko-ukraińskiej.

Nowe badania, stare zniekształcenia

Część najważniejszych ostatnich prac na temat Wołynia pochodzi nie od polityków, lecz od historyków zdecydowanych wyjść poza wojnę propagandową. Projekt Ukraińskiego Uniwersytetu Katolickiego „Ofiary konfrontacji ukraińsko-polskiej 1939–1947”, prowadzony przez profesora Ihora Hałagidę z Uniwersytetu Gdańskiego, opracował metodologię identyfikacji imiennej i w trzech opublikowanych tomach zidentyfikował ok. 30 tys. ukraińskich cywilów zabitych w tym konflikcie – z czego ok. 20 tys. z imienia i nazwiska – przy równoległym, wciąż niedokończonym wysiłku zmierzającym do ustalenia równorzędnej ewidencji ofiar polskich.

Foto: PAP

Sam Ihor Hałagida jednoznacznie stwierdza, że banderowskie skrzydło OUN wydało celowy rozkaz przeprowadzenia antypolskich zbrodni na Wołyniu w 1943 r. – fakt, którego nikt formułujący powyższy wywód nie powinien pomniejszać. Ale rygor archiwalny działa na korzyść strony ukraińskiej równie często, jak przeciw niej, a przemoc nie zakończyła się w 1944 r.: ataki polskiego podziemia na ukraińskie wsie trwały jeszcze w 1945 r., często w celu wymuszenia przesiedleń – wśród nich Pawłokoma (365 zabitych), Berezka (156), Bachów (71), Malkowice (128) – zanim w połowie 1945 r. doszło do rozejmu między obu podziemiami, po którym w latach 1946–1947 nastąpiła czystka etniczna 150 tys. Ukraińców przeprowadzona przez polską komunistyczną armię i służby bezpieczeństwa w ramach Akcji Wisła, która rozproszyła tę społeczność po dawnych terytoriach niemieckich w Polsce.

Brakująca perspektywa porównawcza

Pouczająca jest tu analogia z Wysp Brytyjskich: gdy w styczniu 1972 r. brytyjskie wojska zabiły dwudziestu sześciu nieuzbrojonych cywilów podczas Krwawej Niedzieli w Derry, gwałtownie wzrosła liczba rekrutów do Tymczasowej IRA – przypadek, który historycy Irlandii Północnej chętnie przyjmują jako dowód na to, że przemoc państwa wobec mniejszości radykalizuje młodsze pokolenie. Polskie represje wobec własnej mniejszości ukraińskiej działały analogicznie, choć polskie instytucje pamięci rzadko stosują tę samą logikę przyczynowo-skutkową wobec własnego dorobku państwa.

Polska polityka pamięci cierpi też na niezdolność do umieszczenia Wołynia w szerszych ramach porównawczych przemocy politycznej czasu wojny. Zabijanie cywilów oskarżanych o kolaborację lub donosicielstwo powtarza się w licznych konfliktach narodowowyzwoleńczych i domowych; nie jest to wyjątkowo ukraińska patologia. IRA zabiła ok. 196 cywilów oskarżonych o szpiegostwo podczas wojny o niepodległość w latach 1919–1921, a Tymczasowa IRA zabiła kolejnych ok. 162 domniemanych informatorów w czasie Troubles (krwawego konfliktu w Irlandii Północnej – trwającego od końca lat 60. XX w. do 1998 r. – red.), za pośrednictwem dedykowanej Jednostki Bezpieczeństwa Wewnętrznego – tzw. „nutting squad” – która porywała, przesłuchiwała i często torturowała podejrzanych, zanim tajny trybunał wydawał zwykle śmiertelny wyrok.

Skoro sam projekt Ihora Hałagidy dokumentuje już ok. 30 tys. Ukraińców zabitych przez Polaków – liczba ta wciąż rośnie wraz z postępem badań – obok porównywalnego, wciąż niekompletnego bilansu polskiego, historycznie szacowanego na 50–70 tys., była to prawdziwie dwustronna katastrofa, a nie jednokierunkowe „ludobójstwo”, jakie sugerują polskie rezolucje parlamentarne.

Pojednanie zbudowane na podwójnym standardzie nie jest pojednaniem – jest kapitulacją przebraną za dyplomację. A Ukraina, walcząca o przetrwanie, nie zamierza dłużej się na to zgadzać.

Tytuł, lead i śródtytuły pochodzą od redakcji

Autor

Taras Kuzio

Profesor nauk politycznych na Akademii Kijowsko-Mohylańskiej, współredaktor (wraz z Ianem Garnerem z Instytutu Pileckiego w Warszawie) książki „Russia and Modern Fascism. New Perspectives on the Kremlin’s War Against Ukraine” (Columbia University Press, 2025) oraz współautorem (wraz z Michałem Wawrzonkiem z Akademii Ignatianum w Krakowie) publikacji „Russia’s War on Ukraine: The Four Roots of Putin’s Invasion” (Cambridge University Press, 2026)