Może od Studenckich Komitetów Solidarności powstających w 1977 roku po zamordowaniu przez SB Stanisława Pyjasa? Może od powielanego pisemka strajkujących stoczniowców pod tym właśnie tytułem, do którego (namówiony przez nieodżałowanej pamięci Lecha Bądkowskiego) napisałem – oczywiście nie pod nazwiskiem – parę tekstów, przechodząc swoją pozacenzuralną inicjację? Kto dziś pamięta o solidarności? Nie o tej z nazwy związku zawodowego, ale o tej pisanej małą literą, której istotę najlepiej oddał święty Paweł, powtarzając za Chrystusem: „Jeden drugiego brzemiona noście". Jakże jej mało w naszej codzienności, kiedy – właśnie pod szyldami różnych związków, niekoniecznie zawodowych – jeden drugiemu wydziera przywileje i inne groszowe korzyści.
Ale nie tylko na naszym podwórku. Przez i tak targaną rozbieżnymi interesami Unię Europejską przewala się problem coraz liczniejszych rzesz uchodźców z Afryki i Bliskiego Wschodu, dewastowanych przez wojny domowe. Państwa południa naszego kontynentu nie dają sobie rady z forsującą granice ciżbą nędzarzy, chyba że wystawią wojsko i nakażą strzelać. Państwa bardziej oddalone ku północy półgębkiem powiadają, że to nie ich sprawa. Polska jest w tej liczbie, choć odmowę owijamy (tak jak inni) w kokon bardziej poprawnych politycznie frazesów. Właśnie w rocznicę „Solidarności", i to okrągłą, bo 35-letnią. Wstyd?
Ale co ja gadam i do czego nawołuję? Przecież to żywioł islamski, obcy naszej kulturze! Nie asymilują się, a tam, gdzie ich przyjęto, żyją w gettach, mają po cztery żony i żądają zasiłków. Mało to nielegalnych obozowisk, rozruchów na przedmieściach, bijatyk z policją u wejścia do tunelu pod kanałem La Manche? Zakazać! Uniemożliwić! Przepędzić!
A więc niesolidarność? Nawet syryjskich chrześcijan wzbraniamy się przyjąć pod swój dach. Przecież to obcy i niekatolicy. Ale może właśnie Polska ze swą tradycją „Solidarności", ze swym przewodniczącym Unii wyrosłym przecież z tego dziedzictwa jest najbardziej zobowiązana do zaproponowania rozwiązań w podobnym duchu? Ale przecież strach przyjąć tylu obcych i – kto wie – może nawet terrorystów. Przecież trzeba być chyba świętym, aby podzielić się z takim trudem uzyskanym i wciąż niewystarczającym dobrobytem. Ale jeśli przez tamtych pamiętnych 16 miesięcy wielkiej i prawdziwej „Solidarności" potrafiliśmy „jeden drugiego brzemiona nosić", to znaczy, że choć czasem, choć na jakiś czas, choć przejściowo i ułomnie, ale dorastamy do świętości. Teraz los znowu puka do nas z podobnym wezwaniem. Jak dotąd odpowiedź jest odmowna, drzwi zamknięte.