Z tego artykułu dowiesz się:
- Dlaczego słabnąca pozycja Emmanuela Macrona doprowadziła do bezprecedensowej liczby kandydatów na prezydenta.
- Jak rekordowe rozbicie sceny politycznej zwiększa szanse na drugą turę z udziałem skrajnej prawicy i lewicy.
- Jakie zagrożenia dla finansów Francji i spójności Unii Europejskiej niosą programy radykalnych kandydatów.
- Kto jest jedynym politykiem zdolnym pokonać skrajną prawicę i dlaczego jego sukces zależy od setek głosów.
Trudno dziś znaleźć we Francji zwolenników Emmanuela Macrona. Jeśli wierzyć sondażowi instytutu Odoxa, ufa mu już tylko 23 proc. rodaków, podczas gdy 76 proc. ocenia go krytycznie. Trudno się dziwić: bezrobocie znów szybko rośnie, kraj jest zadłużony po uszy, a gospodarka balansuje na skraju recesji. Powszechne jest poczucie utraty kontroli nad imigracją i braku bezpieczeństwa.
A jednak dla coraz dłuższej listy polityków Macron po cichu jest wzorem. Tak jak on w 2017 r., chcieliby w ciągu kilkunastu miesięcy przekształcić się z nieraz słabo rozpoznawalnego działacza w prezydenta republiki.
Czytaj więcej
W najnowszym odcinku podcastu „Rzecz w tym” Marzena Tabor-Olszewska rozmawia z Jędrzejem Bieleckim, dziennikarzem działu zagranicznego „Rzeczpospol...
Najbardziej widać to w obozie liberalnym, który stworzył sam Emmanuel Macron. Tu mer portowego Rouen Edouard Philippe wszedł do krajowej polityki dopiero, gdy w 2017 r. prezydent właśnie jego wybrał na premiera (dotrwał na tym stanowisku do 2020 r.). Ale już w 2024 r., aby zwiększyć swoje szanse wyborcze, Philippe zdradził swojego patrona, domagając się jego przedwczesnej dymisji. Nie inaczej zrobił inny premier z nadania Macrona Gabriel Attal, ostro krytykując w opublikowanej właśnie książce decyzję Pałacu Elizejskiego o przedterminowym rozwiązaniu parlamentu. Przy okazji Attal przejął stery utworzonej przez prezydenta partii Renaissance. Wśród liberałów o najwyższym stanowisku w państwie myśli także minister sprawiedliwości Gérald Darmanin.
François Hollande szuka zemsty na swoim następcy
Podobnie zatłoczona jest scena pretendentów do prezydentury na umiarkowanej prawicy. Tu oficjalnym kandydatem gaullistowskiego ugrupowania Republikanie już został Bruno Retailleau. Ale nigdy by tego nie osiągnął, gdyby z woli Pałacu Elizejskiego przez rok (na przełomie 2024 i 2025 r.) nie pełnił funkcji szefa MSW. W tej roli mógł przekonać Francuzów do swojego zdecydowanie antyimigracyjnego kursu. Tyle że wśród gaullistów chętnych do przejęcia prezydentury jest więcej. Można więc wskazać Laurenta Wauquieza, rywala Retailleau w walce o kierowanie partią, popularnego szefa megaregionu Hauts-de-France na północy kraju Xaviera Bertranda, lubianego mera Cannes Davida Lisnarda czy kolejnego byłego premiera u Macrona Michela Barniera.
Czytaj więcej
Dzisiaj cała Europa jest przejęta tym co wydarzyło się we Francji. Zjednoczenie Narodowe zdobyło ponad 33 proc. głosów i wygrało I turę wyborów par...
Tłok jest przynajmniej równie duży na umiarkowanej lewicy. Lider Partii Socjalistycznej Olivier Faure już chyba sam nie wierzy w oficjalnie zapowiadany plan prawyborów w tym ugrupowaniu. Walkę na własną rękę o Pałac Elizejski zapowiedziało bowiem już całkiem sporo „wielkich baronów” ugrupowania. Wyróżnia się wśród nich były prezydent François Hollande, który liczy, że Francuzi docenią w tych niepewnych czasach jego doświadczenie międzynarodowe. To pozwoliłoby mu zemścić się na Macronie, który w 2017 r. pozbawił go szansy na reelekcję. Ale do kampanii wyborczej szykują się także byli premierzy z epoki Hollande’a Bernard Cazeneuve i Manuel Valls. Podobne plany ogłosił Dominique de Villepin. Liczy, że rodacy przypomną sobie, kiedy jako szef francuskiej dyplomacji w 2003 r. twardo sprzeciwił się amerykańskim planom inwazji Iraku. I uznają, że to samo mógłby zrobić przeciw Donaldowi Trumpowi.
O elektorat umiarkowanej lewicy walczy jednak też Raphaël Glucksmann, który stworzył nawet swoje własne ugrupowanie Place Publique. A to i tak zestaw, który nie wyczerpuje wszystkich postępowych kandydatów, jak choćby liderka ugrupowania ekologów Marine Tondelier.
Tym razem zapewne wystarczy 15 proc. głosów, aby wejść do drugiej tury
W ostatnich wyborach prezydenckich w 2022 r. wzięło udział 12 kandydatów. Rekord V Republiki padł w 2002 r., kiedy to było ich 16. Ale teraz startujących naliczono dwa razy więcej. I zapewne dojdą kolejni.
Pięć lat temu lider radykalnej lewicy (Francja Niepokorna, LFI) nie zdołał wejść do drugiej tury, choć uzyskał 21,95 proc. głosów.
– Teraz zapewne wystarczy do tego 15 proc. – mówi „Rzeczpospolitej” François Heisbourg, jeden z wybijających się francuskich politologów. – To jest mniej więcej tyle, ile wynosi żelazny elektorat Jean-Luc Mélenchona – dodaje, wskazując na lidera LFI.
W takim przypadku w drugiej turze wyborów Francuzi stanęliby przed prawdziwie diabelskim wyborem. Bo niemal na pewno Mélenchon starłby się z liderem skrajnie prawicowego Zjednoczenia Narodowego (RN) Jordanem Bardellą, który zbiera już w pierwszej turze 33-34 proc. głosów. Chyba że wyrok sądu wyższej instancji 7 lipca jednak unieważni zakaz Marine Le Pen ubiegania się o funkcje publiczne z powodu defraudacji dotacji Parlamentu Europejskiego. To jednak wiele nie zmienia, skoro jej poparcie jest porównywalne do tego Bardelli.
Czytaj więcej
Coraz więcej Francuzów jest przekonanych, że potrzeba w kraju rewolucji. Dokładnie takiej, jaką proponuje im skrajna prawica.
Instytut badania opinii publicznej Elabe przewiduje, że w takim przypadku Bardella uzyskałby 71,5 proc. głosów, pozostawiając Mélenchonowi tylko 28,5 proc. Nic dziwnego: trockistowski program lidera LFI, jego stalinowskie metody zarządzania partią, a także antysemickie deklaracje pomyślane dla przyciągnięcia muzułmańskiego elektoratu wywołują nad Sekwaną powszechny strach. Tyle że przejęcie władzy nad drugim co do znaczenia krajem UE przez skrajną prawicę zbytnio pocieszające nie jest. W wywiadzie dla „Frankfurter Allgemeine Zeitung” Bardella właśnie zapowiedział, że jeśli zdobędzie władzę, nie będzie respektował wyroków TSUE. Z kolei paryski instytut Montaigne ocenia, że koszty wdrożenia programu Zjednoczenia Narodowego byłyby tak duże, że doprowadziłyby kraj do bankructwa. Już teraz dług Francji odpowiada 118 proc. PKB. Proporcjonalnie jest największy w Unii poza Grecją i Włochami.
Z badań Elabe wynika, że jedynym politykiem, który miałby szanse pokonać Jordana Bardellę (czy Marine Le Pen) jest Edouard Philippe. Francuzi zapamiętali jego skuteczność w czasach pandemii. Podobają im się także jego konserwatywne poglądy. Jednak, jak pokazuje ostatni sondaż Ipsos, wystarczy, że lewicę będzie reprezentował Hollande lub Glucksmann, a już zarówno Mélenchon, jak i Philippe w pierwszej turze dostaną po 13,5 proc. Tysiące czy wręcz setki głosów zdecydują wówczas, który z nich podejmie walkę o Pałac Elizejski.
Radykałowie są na fali, bo bezprecedensowa część społeczeństwa oczekuje rewolucji. Jak pokazują badania paryskiej uczelni Sciences Po, już tylko 18 proc. ufa instytucji prezydenta, 15 proc. partiom politycznym, a 20 proc. Zgromadzeniu Narodowemu.